Z wariatami za pan brat

W mojej umowie nie ma ani słowa o psychicznym uszczerbku na zdrowiu, na który narażony jestem podczas pracy. Nie mam na myśli tu żadnych przepisów BHP i tego, że jakieś substancje mogłyby wniknąć mi do mózgu przez nos i spowodować, że odlecę. Nie! Tu jest mowa o klientach, którzy jeżdżą sobie z koszykami po sklepie. I ich wpływie na psychikę wykładowców.

Gdyby spojrzeć na nich z wysokości - przypominają nieco postacie z Pacmana. Takie kuliste ludki, pomykające alejkami, szukające żeru i kogoś, kto wie, gdzie ten żer się znajduje. Oni są czasem ześwirowani i gonią mnie po sklepie, a ja nie mam jak się przez nimi schować! Ratunku!

Kiedyś na blogu popełniłem tekst zatytułowany "W pracy spotkasz wariatów". Dziś chcę niejako kontynuować ten watek, przedstawiając Szanownym Czytelnikom dwie sylwetki osób z, którymi przyszło mi skrzyżować swoje wózki w hipermarkecie.

Na językach i w żołądku

Wracałem sobie kiedyś spokojnie z przerwy. Kwadrans na zjedzenie posiłku, który zasili Twoje mięśnie i mózg w składniki odżywcze na kolejne 4 godziny, to zdecydowanie za mało. Szczególnie, kiedy pomiędzy poszczególnymi kęsami, masz ochotę jeszcze z kimś zamienić parę słów.

Dlatego też, gdy po przerwie oddałem kluczyk do szafki i wkroczyłem na hipermarketowe pole, jedzenie dopiero odkrywało, co to takiego jest ten żołądek, dopiero się w nim układało do trawiennego snu. Morfeusz z Tanatosem kołysali je na zmianę.

-Kamil, Ty znasz angielski? - padło nagle pytanie, a obok mnie pojawiło się kilku pracowników.

-Tak, znam – odpowiedziałem, przełykając ślinę, wiedząc, że za chwilę zdarzy się tutaj coś niecodziennego.

-No bo jest tu taka sprawa. Trzeba porozmawiać z panią, która ma pewien problem.

Wścieklizna nie ma ojczyzny

-Hello, how can I help you? - powiedziałem standardowo, gdy już byłem blisko mej zagranicznej rozmówczyni. To była starsza pani, zdecydowanie po sześćdziesiątce. Jednak już po pierwszych jej słowach i sposobie wypowiadania się, zrozumiałem dwie rzeczy. Pierwszą z nich było to, że mimo wieku była pełna energii. Drugą, że ta energia nie była zbyt przyjemna...

Chodziło o to, że parę dni temu kupiła w naszym markecie kawę, do której była dołączona specjalna szklanka. Nie wiem dokładnie w jaki sposób to się stało, ale pani twierdziła, że w kawie były kawałki szkła. Jeśli stało się to przed zakupem produktu – oczywiście rzecz bardzo przykra i taki produkt leżeć na półce nie powinien nigdy w żadnym sklepie. Sprawa jasna. Ale pomyłki wszędzie mogą się zdarzyć, choć nie wiadomo czy faktycznie produkt w takim stanie na sklepie był. Czy może szkło dostało się do niego po zakupie.

Problemem było jednak to, że pani od początku była bardzo wzburzona i nie potrafiła mi sprawy w sposób jasny przedstawić, wymachiwała jakimś tekstem po polsku, sama nie znając ani jednego polskiego słowa, z amerykańskim akcentem twierdząc, że poda nasz hipermarket do sądu

Relax, take it easy!

-Ale proszę mi to wszystko wytłumaczyć po kolei, kupiła pani kawę, było w niej szkło. I co się stało dalej?- zapytałem, chcąc jakoś konstruktywnie wyjść z tego wysłuchiwania krzyków. Amerykanka na początku pokiwała głową i zaczęła rzeczowo tłumaczyć, z czasem coraz bardziej jednak się nakręcała. Gdy doszła do momentu - w którym opowiadała, że w zeszłą niedzielę przyszła do sklepu, a osoba z punktu informacyjnego nie znała angielskiego - wpadła w furię.

-Jestem drugi raz w Polsce. I za każdym razem tutaj jest jakiś problem – mówiła, a oczy żarzyły jej się z agresji. - W tym sklepie pracownicy to dramat, a wasz to w ogóle kraj jest tragiczny, ludzie bez kultury - wysłuchiwałem do pewnego momentu tego ze spokojem, ale po jakimś czasie i we mnie zaczęły wstępować demony gorzkich słów.

-Niech Pani się uspokoi, przyszedłem tutaj, aby pani pomóc, a pani rzuca obelgi na mnie i moich współpracowników, zarzucając brak kultury. Prawda jest taka, że to pani brakuje elementarnej kultury – powiedziałem, a ona się zdziwiła, że ktoś śmiał tak do niej powiedzieć. Ale zreflektowała się na chwil parę i o dziwo usłyszałem słowo "przepraszam".

Ambiwalencja na sam koniec

Pani zwróciliśmy pieniądze za towar, co można było zrobić już na samym początku, gdyby z morza epitetów udało od razu wyłowić sens roszczenia. Przy jej poprzedniej wizycie po prostu nie miała z kim po angielsku porozmawiać. I to był cały problem.... I dlatego trzeba grozić pozwaniem do sądu i jechać po kulturze pracowników i kraju?!

-A niech sobie pozywa do sądu – kwituje to na szybko mój kierownik. - Ci Amerykanie... Oni za bardzo się panoszą – dodaje. Trudno po tym incydencie nie przyznać tym słowom racji. Ale... Stop. Przecież to tylko jeden przypadek. Nie chciałbym nigdy stać się takim polskim klientem w USA, który nadaje na ich kraj i kulturę, bo na podstawie jednego przypadku wyrobiłem sobie opinię na ich temat...

Nabuzowana pani, której zwróciliśmy pieniądze, na odchodnym raz jeszcze pokazała swoja klasę, niezrównoważenie i fakt, że nie potrafi nigdy odpuścić.

-Thank you and fuck you! - takie słowa usłyszano w markecie, od ubolewającej nad kulturą pani z Ameryki, której właśnie udzielono pomocy. No żenua...

Patriotycznie i po bożemu

O ile pierwsza przedstawiona przez mnie sylwetka dotyczy osoby, której brak kultury i pewnej równowagi. Delikwent nr 2 to już po prostu czystej krwi wariat, nie noszący znamion chamstwa. Sam nie wiem, który rodzaj kontaktu preferuję, bo obie wersje są nieco przerażające. Buka!

Gdy kątem oka widziałem tę postać – od razu mi w niej coś nie pasowało. Ten dziwny sposób chodzenia po sklepie, taki chaotyczny, pełen dziwności. Ale przecież nic mi do tego. Niech sobie każdy korzysta z dobrodziejstw marketu jak chce. Gdy jednak owa postać się do mnie zbliżyła, wiedziałem, że nie będzie łatwo. Po prostu poczułem obecność!

Ktoś stał obok mnie i zwrócony w moją stronę, nic nie mówił. Po paru sekundach zniecierpliwiony czekaniem na pytanie, którego nie ma i nie będzie, popatrzyłem się w jego stronę.

-Tak? - rzuciłem.

-Dzień dobry, jaką wodę mineralną poleci Pan na oczyszczenie organizmu z nikotyny?

O co Ci chodzi?

Uśmiechnąłem się szeroko.

-Wie pan, pojęcia nie mam, nie znam się aż tak na wodach, ale może pan spróbować tego soku z aloesu. Jest teraz w promocji, piłem go i mogę go panu polecić. A czy oczyszcza z nikotyny? Nie wiem, ale aloes podobno dobry na wiele rzeczy.

-Taaaak? A to chyba wezmę – odpowiedział mi szukający oczyszczenia klient. Chwilę potem polecony produkt trafił do koszyka. Prawdopodobnie wzbudziłem tym samym zaufanie klienta, bo ten postanowił się ze mną nieco spoufalić i wyciągnął do mnie dłoń. Jasna sprawa.

-Duch Święty jestem – powiedział, a ja przełknąłem z wrażenia ślinę.

-Kamil, miło mi – podałem rękę i witając się dałem nieco wyraz swojemu zdziwieniu. - Ale jak to Duch Święty?

Rozmawiać czy nie rozmawiać?

-No normalnie, Duch Święty, najniższa postać w kościele powszechnym, nie słyszał pan? - no muszę przyznać, że nigdy wcześniej ani później większej głupoty w tej pracy nie usłyszałem.

-E, coś mi się nie wydaje – odpowiedziałem. I nie pamiętam dokładnie, jak zakończył się ten wątek rozmowy, ale jak najszybciej chciałem się niego wycofać, bo nauczony doświadczeniem życiowym wiem, że z wariatami w dyskusje nie warto się wdawać.

Na całe szczęście po jakimś czasie udało mi się jakoś wyjść z tego szalonego klinczu i wkroczyć na nowe tereny dyskusji. - A proszę mi powiedzieć... Ten sok to jest polski czy francuski? Bo wy tu macie pewnie tylko same francuskie rzeczy, a ja bym wolał te polskie.

-Ten to akurat koreański jest.

-Mhm – odpowiedział ze smutkiem.

Trudne decyzje

-To musi się pan zdecydować – albo pan chce jakiś produkt oczyszczający organizm z nikotyny albo produkt polski.

Klient zaczął mnie zasypywać dodatkowymi pytaniami o poszczególne produkty i mówić jakieś niestworzone rzeczy o wyprzedaży majątku państwowego i zagranicznym kapitale. W zasadzie, to czułem się jakbym dostawał bezrefleksyjnie przyswojoną, powtarzaną mimowolnie, papkę informacyjną z radia czy telewizji.

Patrząc jak klient krząta się po sklepie, szukając polskich i oczyszczających produktów, zacząłem zauważać, że sam nie czuję się najlepiej, widząc takie zachowanie tuż obok mnie.

Wrzućmy na luz!

-Pan to powinien się nieco uspokoić, tak mi się wydaje. Po co się tak stresować zakupami? - podjąłem próbę skierowania wariata na dobre tory.

-Tak pan myśli?

-No pewnie, na spokojnie trzeba do wszystkiego podejść. Sok pan kupi oczyszczający, wypije sobie na spokojnie i będzie git.

Wydaje mi się, że tymi słowami mogłem na tę osobę pozytywnie wpłynąć i sprawić, ze chociaż na pół godzinki stanie się w miarę normalnym człowiekiem. Mam taką nadzieję. Jak widać na podanych przykładach – zbyt dużo kościoła i patriotyzmu w wersji hardcore może powodować nieciekawe zmiany w głowie. Podobnie jak nonszalancja osób zza oceanu, które przed przyjazdem do nas mają już chyba wyrobioną opinię o Polsce, czyż nie? ;}

comments powered by Disqus