W pracy spotkasz wariatów

Zarabianie pieniędzy często wiąże się z przymusowymi i bliskimi kontaktami z osobami, które są po prostu nienormalne. Już na studiach trzeba być na to przygotowanym. Gdy spotykamy na imprezie czy w jakimś innym miejscu osobę, z którą nie da się porozumieć, mamy raczej okazję aby szybko zakończyć konwersację. W przypadku spotkania wariata w pracy nie ma odwrotu. Musimy to wtedy po prostu przeżyć z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Pismo Święte

Kiedyś robiłem nieco ankiet za pieniądze. Takich w terenie. Była to moja pierwsza praca i powiem szczerze, że doświadczenia z tamtego okresu bardzo wzmocniły mnie psychicznie. Pomijając fakt, że chodzenie od domu do domu z ciężkim laptopem na plecach samo w sobie jest już dość męczące, solidnie działało na mnie również doświadczanie pełnego spektrum zachowań ludzkich. Od bardzo życzliwych (“A może kawka?”), przez obojętne (“Sam pan niech sobie to wypełni, moje zdanie się nie liczy”), ciekawsko-podejrzliwe (“Co pan tam sprzedajesz?”) aż po wrogie, z krzykiem i trzaskiem drzwiami („A dajże mi pan spokój!”).

Sytuacją z tamtego studencko-ankieterskiego okresu, która mi się wryła w pamięć najbardziej było bliskie spotkanie z nawiedzonym dziadkiem. Grzecznie przedstawiłem się i zapytałem czy zgodzi się wziąć udział w ankiecie. Standard. Badanie dotyczyło chyba postrzegania Wrocławia. Delikwent ów kazał mi zaczekać u progu drzwi. Po chwili wrócił i zaczął czytać fragmenty Biblii.

Nie za bardzo wiedząc jaki ma to związek z postrzeganiem Wrocławia słuchałem uważnie o tym, że na świecie było kilka królestw, a kolejne (które oczywiście jest złe) zaczyna się tworzyć na naszych oczach. Chciałem wrócić do tematu Wrocławia, ale nie bardzo się dało. Po krótkiej wymianie zdań doszło zarówno do mnie, jak i do Pana Wariata, że raczej zostaniemy przy swoich stanowiskach. Zrozumiałem również, że trzeba się pożegnać i zapukać gdzie indziej, bo od tego pana wystarczająco się dowiedziałem na interesujący mnie temat :)

Czytelnik prawdę Ci powie

Kolejnym levelem w grze polegającej na zrozumieniu, że w życiu, a szczególnie w pracy, otaczają nas wariaci były dyżury redakcyjne, a także randomowe telefony związane z moimi artykułami. Lub wręcz przeciwnie. Zdarzały się telefony z pozoru tylko związane z tematem mojego artykułu. Czytelnik dla podpuchy wykonywał tylko krótki wstęp dotyczący sedna sprawy, po czym z reguły następował piękny słowotok, z którym było bardzo ciężko wejść w polemikę. Często nawet nie ma takiej możliwości fizycznie nie było, bo osoba dzwoniąca słyszała tylko swój głos. A może kilka? Ale tylko swoich. Na pewno nie rozmówcy.

Wbrew pozorom rozmowa z takimi nawiedzeńcami to czasem bardzo miły przerywnik od pracy. Pomijając fakt, że osoba po drugiej stronie słuchawki, której ZUS przelał właśnie emeryturę i wróciła ze spaceru ze swoim pieskiem nie do końca rozumie fakt, że o 15 w redakcji dziennikarze mają o wiele ważniejsze sprawy niż 30 minutowa rozmowa o systemie prawnym w Polsce, pogodzie czy jakości współczesnego dziennikarstwa, pomijając to, muszę stwierdzić, że bardzo takie telefony lubiłem.

Z ich powodu w domu byłem godzinę później, bo odrywały mnie od skończenia artykułów, które musiały być tego dnia skończone. Jednak jako socjolog naprawdę doceniam wagę kontaktu z rzeczywistością. Jaka by ona nie była. Trzeba wiedzieć dla kogo się pisze. Dla wariatów także :)

Gaduła i ekspert

Jedną z bardziej zabawnych sytuacji, która pamiętam z tego okresu był telefon od gościa, który zadzwonił z pytaniem: Dlaczego Wy nie napiszecie prawdy o tym całym Tusku? Historia tego pana dotyczyła niepłacenia przez niego abonamentu radiowo-telewizyjnego. Twierdził, że premier w swoim exposé obiecał, że nie trzeba go będzie opłacać. Czytelnik w to uwierzył i od tamtego momentu za paczenie w telewizor nie wnosił opłat. Teraz mam problemy z tego powodu. I zupełnie nie rozumie dlaczego :)

Niektórzy Czytelnicy występowali w roli ekspertów. Dziennikarz wtedy był tylko osobą, która takiego „znawcę” miała wysłuchać i podziwiać. Inni dzwonili się wygadać, spytać o rozkład jazdy pociągów czy o aspekty prawne. Wiele telefonów i osobistych wizyt było bardzo uzasadnionych. Jednak postawa, że w gazecie wiedzą o wszystkim była również nagminna i godna zainteresowania. Niektórzy pytali się dosłownie o wszystko…

Okazuje się , że nie dla każdego wujek Google jest jedynym autorytetem. Myślę, że spełnia on w dzisiejszych czasach rolę anonimowego terapeuty. Nie wszyscy wiedzą jednak jak do niego zagadać. Z tego powodu w miejscu pracy rozdzwaniają się telefony. Studenci. Przygotujcie się, że w pracy to Wy będziecie terapeutami. Spotkacie w przyszłości wielu ludzi, którzy rozumują zupełnie inaczej niż Wy. Absolwenci. Czerpcie z tego inwentarza z całych sił, bo w wariatach tkwi siła. Szczególnie tych podnoszących w pracy poziom humoru, a nie stresu ;]

comments powered by Disqus