W poszukiwaniu sensów i towarów

Praca w markecie to w swej istocie dość skomplikowana bajka. Trzon fabuły opiera się na wykonywaniu działań typowo merchandisingowych ;} Polega to na dbaniu o jak największą estetykę eksponowanych w sklepie produktów. Trzeba je ładnie na półkach ułożyć, posegregować i ustawić tak, żeby stały w szeregu tak, jak żołnierze z Korei Północnej na defiladzie.

Swoją pracę w markecie dzielę na dwie kategorie. Jedna z nich to po prostu zwykła praca wykładowcy, a druga to wolontariat związany z udzielaniem klientom wszelkich możliwych informacji.

Sam nie wiem czy to moje myślenie jest do końca uprawnione, ale lubię o tym w ten sposób myśleć. A aby rozstrzygnąć tę kwestię trzeba by chyba zamknąć na cały dzień do pokoju kilku prawników i patrzeć jak żrą się ze sobą na temat mojej umowy.

Życie na wolontariacie

Jako pracownik firmy zewnętrznej, świadczącej usług dla marketu, w umowie zapisane mam, że jam merchandiser. Szczegółowy opis usług, które mogę wykonywać daje jednak szersze pole do wszelakich interpretacji – jest tam mowa nie tylko o działaniach merchandisingowych, ale też o możliwości realizacji promocji, sporządzaniu ankiet czy wykonywaniu raportów lub innego rodzaju aktywności na terenie sklepu, których zakres jest określony przez hipermarketowy menedżment. W tym opisie jest prawie wszystko...

Czyli teoretycznie jakby mi kierownik kazał, to musiałbym w sklepie zatańczyć i zaśpiewać. Mógłbym to zrobić, ale po co? ;} Podobnie jest z doradzaniem klientom. Mogę to robić, ale czy to rzeczywiście jest to moja właściwa praca? Czy to wchodzi w skład moich obowiązków? Nie wiem... To chyba już coś więcej niż praca. To bezinteresowne działania na rzecz wszystkich klientów mojego przepięknego marketu. Ja chcę, aby oni czuli się dobrze, i za to zapłaty nie otrzymuję.

A rozsiewanie bezinteresownej miłości wśród koszyków z zakupami koliduje nieco z moimi bazowymi obowiązkami. Bo przecież paleta sama się nie zrobi, towar sam nie ułoży, a tu trzeba zważyć cukierki i powiedzieć gdzie leży mak, bułka tarta, pieluchy czy kabel do telewizora.

Ale to głupio poukadane jest

W markecie klienci zdarzają się różni. Przedstawić w tym wpisie chciałem na przykładzie historii autentycznych ich poszczególne typy. Bardzo lubię na przykład tych takich szukających towarów, ale i sensu życia

-Panie, ale tu jest bez sensu poukładane, nic nie można znaleźć. Gdzie są kawy?
-Dwie alejki dalej, przy herbatach.
-Tutaj? Przecież niedawno były gdzie indziej.
-Szanowny Panie, wszystko we wszechświecie się zmienia, więc także układ towarów w tym sklepie ;}

-Tu wszystko jest popierdolone! Nic nie można w tym sklepie znaleźć! Gdzie są szampony?
-Wszystko jest na swoim miejscu, szampony są na kosmetykach, a gdzie mają być?
-Ale żeś Pan wymyślił...

Złośliwość rzeczy martwych i żywych

Niekiedy od wykładania odrywa mnie jakieś pytanie. Zanim klient wypowie je do końca, sam bez mojego udziału znajduje rozwiązanie. Uwielbiam takie sytuacje, bo lubię szybko rozwiązywać sprawy, a już w szczególności kiedy nie muszę się nawet odezwać. Wystarczy uśmiech.

Rzeczy martwe bywają złośliwe. Wiem o tym, bo przed pracą w markecie często to ja byłem tym pytającym i faktycznie często bywało tak, że produkt, którego szukałem znajdował się tuż pod moim nosem. Dzięki temu wspomnieniu jestem w stanie do ludzi podejść dość empatycznie.

Niekiedy jednak jest to trudne, bo niektórym w niczym się nie dogodzi. Zadają 5 pytań i nie słuchają na nie odpowiedzi, a do moich uszu leci lawina narzekań na sklep, świat, rząd i politykę. Pozostaje mi wtedy zaproponowanie wypicia szklanki wody. Ale wtedy znowu pojawia się problem.

-Gazowana czy niegazowana?
-A nie ma lekko gazowanej? Ojej, a była przecież....

Jak w niebie

Czasem zdarza się, że wszystko idzie jak bułka z masłem i fakt, że praca jest ciągle przerywana pytaniami, nic mi nie przeszkadza, bo ludzie trafiają się dobrzy. To w dużej mierze efekt lustra, bo jeśli w pracy ma się dobry humor, to ludzie to widzą, czują, świadomie i podświadomie się z tym synchronizują. Bo jeśli nasz ton głosu jest lepszy, to i automatycznie łagodzi rożne napięcia. Działa to zawsze z dwóch stron.

-Pan jest taki kochany, dziękuję i przepraszam, ze tak ośmieliłam się spoufalić. Miłego dnia!

Po takich słowach pracuje się lepiej. I żyje się lepiej, ze świadomością, że się komuś pomogło. Dlatego muszę przyznać, że taki wolontariat sobie bardzo cenię, bo widzę bezpośrednie efekty tego, że komuś pomogłem. Wtedy wszystko działa jak z procy. Szasta prast i gotowy efekt.

Mydło i powidło

A niekiedy wszystko idzie pod górkę. Bo czegokolwiek się w rozmowie nie uczepisz, jak nie zareagujesz, to i tak powinno być na odwrót. Jak powiesz, że bułka tarta leży tam i tam, a tam nie pójdziesz, to klient stwierdzi, że on sam tam nie trafi i zażąda od Ciebie, abyś mu pokazał dokładnie, gdzie to jest, tak jakby miał taką opcję zapisaną w jakiejś tajnej umowie.

A czasem jak zechcesz podejść, to pada nagłe – „Nie, nie - niech Pan sobie spokojnie pracuje, ja już sobie sama znajdę, tylko zapytać chciałam”.

W życiu wykładowcy nic nie jest oczywiste i nawet pozorna monotonia nigdy nią nie jest, bo owocuje w wielość sytuacji, narzekań, podziękowań, grymasów obiekcji czy zadowolenia. Tu wszystko jest jak w życiu, ale i bardziej zintensyfikowane, bo przecież ludzie przychodzą do marketu nie dla relaksu, a na polowanie. Tu przecież odbywa się walka o jak najlepszy żer, a wykładowcy mają w tym wszystkim pełnić role doradców, mówiących o tym, którego dzika warto upolować.

comments powered by Disqus