W dół drabinki na chwil parę

Lubię od czasu do czasu sobie pospacerować. Ale jak już założę buty i wyjdę z domu, to staram się nie wybierać tych samych dróg… Zmieniam je po prostu co jakiś czas, chociaż tak troszeczkę, tak tyci tyci. Od czasu mojej zeszłorocznej wyprawy do Norwegii nie boję się również drabin. To właśnie wtedy, podczas malowania drewnianego domu, odkryłem że taki spacer po szczebelkach może być bardzo interesującą rzeczą. Dosłownie i w przenośni.

Ludzie mawiają, że czasem trzeba zrobić krok w tył, aby zrobić dwa kroki w przód. Ale czy chodzi im także o spacer po drabinie społeczno-ekonomicznej? Byłem dziennikarzem, aby potem zostać malarzem, również copywriterem i stukającym w klawisze komputera recepcjonistą, by przepoczwarzyć się w podróżnika, wyrywającego korzenie swojej poukładanej egzystencji. A teraz jestem pisarzem, wykładającym towar w hipermarkecie.

Jestem moją przeszłością i przyszłością. Ale jestem też swoją własną mniej lub bardziej świadomie wybraną teraźniejszością, skrojoną na miarę przez los, dzikie fatum pospołu z moimi nożyczkami. I myślę, że zejście w dół drabinki na chwil parę jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

Nic złego się nie stanie

Drogi Pracowniku, drogi Studencie, Absolwencie, drogi rynku pracy niewolniku. Kimkolwiek jesteś, pragnę zakomunikować Ci w tym tekście, że nic poważnego się nie stanie, jeśli na chwilę spróbujesz się przepoczwarzyć w coś innego. Będzie z tego prawdopodobnie więcej zysku niż strat. Będzie tak na pewno, jeśli nie spalisz za sobą mostów, uchylisz nieco furtkę do nowego świata i nawet jeśli ten świat leży nieco niżej, to po zejściu do tych piekiełek możesz łatwo powrócić na swoje znane i lubiane tory.

Jeśli tylko chcesz, możesz tego spróbować. Ja do niczego nie namawiam. Nie odmawiam też racji determinacji w obranej ścieżce kariery. Wytrwałość to według mnie bardzo ważna cecha, ale nie jest jedyną, która prowadzi do odnalezienia siebie i swojej unikalnej życiowej drogi.

Zejść w dół drabinki i zostać przez jakiś czas zwykłym człowiekiem to wspaniała sprawa. Zamiatanie ulic, roznoszenie poczty czy wykładanie towaru w markecie daje bardzo dużo, a to dlatego że odbiera też i nie mało.

Wyzbycie się ego

Brzmi to jak filozofia zen, założona przeze mnie na polską rzeczywistość. Tak jest w istocie… Bardzo cenię sobie moje działania jako wykładowcy. Trzy dni w tygodniu zamieniam się w takiego zwyklaka, który ładnie wszystko poukłada, powie ludkom co gdzie jest, a nawet czasem przetrze szmatką półkę, aby klienci byli bardziej zadowoleni. No i on sam przecież. Bo nie lubi pracować z brudzie i nieładzie.

Zabawne dla mnie jest to, że mogę u siebie obserwować stopniowy proces zaniku ego związanego z moim mniemaniem o sobie i etykietowaniem samego siebie, próbą podświadomego i świadomego wywyższania się ponad innych ludzi.

Z początku wszystko to było dla mnie bardzo trudne. Te ciągłe myśli o tym, że mi przecież tak z dyplomem nie wypada… Że na żarty to już trochę za późno… Opowiadając o sobie moim kolegom i koleżankom z pracy testowałem różne wersje, a z każdą z nich obserwowałem w sobie wzbierającą falę dzikich emocji.

Kim ja tak na prawdę jestem?

Czasem opowiadałem, że ta praca to tylko na chwilkę. Mówiłem, że wróciłem z wielkiej podróży i że piszę książkę. Niekiedy chwaliłem się wyższym wykształceniem, doświadczeniem dziennikarskim czy pijarowskim. Tylko, że im bardziej uzewnętrzniałem przed innymi swoją dotychczasową drogę życiową, tym bardziej zdawałem sobie sprawę jak bardzo odmienny jestem w tym, co robię. Przecież nikt inny tak nie robi. No, prawie nikt.

Z kolei - gdy nie mówię o sobie nic, to mam wrażenie, że pod wieloma względami pasuję do obrazu dwudziestoparoletniego studenta, starającego się zarobić na studia zaoczne. Więc już sam nie wiem czasem, którą mam obrać drogę.

Praca w hipermarkecie coraz bardziej uświadomia mi jednak, że niezależnie od pobudek, które kierują mną kierują, dla wszystkich najbardziej liczy się tam i tak moja teraźniejszość. W dużej mierze jestem tym, co aktualnie robię. Wykładam towar i często lepiej schować swoje ego do kieszeni. A obserwacja jego kurczenia i rozszerzania to wielka sprawa, rzecz bezcenna i dająca spełnienie.

Nie tylko ja

Przeczytałem ostatnio najnowszą książkę mojego ulubionego pisarza Harukiego Murakamiego. Ze zdziwieniem zauważyłem, że jego podejście w wielu sprawach zadziwiająco zbieżne jest z moim. Ten japoński mistrz surrealistycznej prozy swoją debiutancką książkę pisywał po godzinach pracy fizycznej. Po odniesieniu wielkiego sukcesu nadal i tak mówi, że gdy pisze książkę, to stara się koncentrować tylko na niej i nie zajmować umysłu i oczu jakąkolwiek poboczną pisaniną.

Podobnie twierdzę przecież i ja… Co ciekawe, w historii więcej jest takich przypadków. Pisanie i pracę na poczcie łączył w XIX wieku angielski pisarz Anthony Trollope. Ale niektórych wtedy to bardzo dziwiło… Teraz też bywa i tak…

-Nie załamuj mnie Pan, dziennikarz z dyplomem magistra, przecież możesz Pan 1508 innych prac wykonywać, więc po co tu pracować? – takie głosy czasem zdarza mi się słyszeć. Rozumiem, że są one czymś, co uosabia ekscentryczność mojego podejścia, ale nic na to nie poradzę. Ja czuję, że robię po prostu dla siebie dobrze.

-Mam blisko, oczy i mózg mi się nie męczą, więc mogę pisać, a dodatkowo praca tutaj to wielka inspiracja, którą w jakiś sposób w przyszłości wykorzystam.

A jestem tego pewien jak mało których rzeczy. Moja pewność ma kręgosłup ze stali, który nie niszczeje nawet, gdy schylam się po drobne papierki walające się po alejach marketu czy wrzucam zgrzewkę wody na daszek.

Co powiedzą ludzie?

Początkowo nie wiedziałem jak poradzę sobie z oceną mojego zejścia w dół przez przypadkowo spotkanych znajomych czy sąsiadów. To trochę tak jakby aktora znanego nam z telewizji zobaczyć nagle przy układaniu kostki brukowej. W mózgu coś nie styka, więc świadomość to olewa, uznając to od razu za absurd. Niektórzy mnie nie poznają, niektórzy wręcz przeciwnie.

Sąsiedzi, znajomi, koledzy i koleżanki ze studiów czy byli współpracownicy – spotkania z nimi są bardzo różne, ale każde z nich na nowo nadaje sens mojej pracy i sprawia, że coraz bardziej uświadamiam sobie jak bardzo mimo wszystko przywiązany jestem do myślenia o sobie jako kimś więcej niż tylko zwykły szeregowy pracownik.

Gdy schodzę w dół drabiki na chwil parę, czuję że odkrywam coraz bardziej tego prawdziwego siebie. Zdejmuję stare kolorowe szaty, przywdziewam roboczy strój i lgnę do tego, co leży w okolicy.

Już wkrótce więcej prozy z marketu.

comments powered by Disqus