Nasz pracowniczy autofokus

Nie myślcie sobie, że jeśli pracuję jako wykładowca przez trzy dni w tygodniu, to w inne dni wcale nie fejsuję. Z przykrością, ale i podziwem dla tego, co się wydarza, muszę przyznać, że nabawiłem się chyba sklepowej choroby zawodowej. Gdy idę na jakiekolwiek zakupy, nie funkcjonuję już jako normalny klient. Ja po prostu działam wolontaryjnie jako wykładowca po godzinach, daję nieme korepetycje za free w każdym sklepie, do którego wchodzę. O zgrozo – ja dbam nawet o estetykę ekspozycji produktów u konkurencji :p

Początkowo myślałem, że to tylko taki niewinny wyjątek. Kiedy w innym sklepie jako klient pewnego razu odruchowo poukładałem w szeregu czekolady, zaśmiałem się po cichu, ale szybko przeszedłem nad tym do porządku dziennego. To przecież był tylko przypadek, jednorazowe zdarzenie – pomyślałem. Gdy jednak sytuacja zaczęła się powtarzać, zacząłem myśleć o skonsultowaniu się z lekarzem lub farmaceutą.

Potem stwierdziłem, że przecież to nic strasznego. Zyskałem nową wiedzę i nawyki, i po prostu odruchowo, a czasem i świadomie, wdrażam tę wiedzę w działaniu. Jest to dla mnie proste i naturalne. Więc w czym problem?

Zależy od działania

I tak się teraz zastanawiam. Czy to rzeczywiście dobrze, że tak się dzieje? Czy może nie? Wydaje mi się, że wszystkie aktywności, którymi się w życiu paramy, zostawiają w nas względnie trwałe ślady. To, co robimy w pracy, jakoś tam na nas wpływa na nasze życie po godzinach. Pracując, wystawiamy się na ekspozycję, na działanie czegoś zewnętrznego, co nasz kształtuje, co nas zmienia. O tym nie piszą w umowie, o tym nie mówią na rozmowie kwalifikacyjnej ;}

A to nas zmienia i wpływa na nasze życie. Ważne jest, żeby dokładnie zobaczyć czy z danym działaniem nie przesadzamy. I czy rzeczywiście ono się do czegokolwiek dobrego przydaje ;} A jeśli nie, to lepiej się po godzinach od niego powstrzymać. O ile w lekkim podfejsowywaniu podczas zakupów nie widzę niczego szczególnie złego, o tyle trzeba zauważyć, że nie ze wszystkim tak wesoło może być.

I w tej chwili chciałbym nieco potraktować sprawę szerzej. Pomyśleć na temat tego - w jaki sposób nasza praca afektuje na nasze życie? W jaki sposób zmienia nasze nawyki, naszą mentalność? Czy to, w jaki sposób zarabiamy pieniądze, i jaki przez to mamy stosunek do pieniądza warunkuje nasze życie prywatne?

Jest rozkmina

Nasz byt automatycznie kształtuje naszą świadomość, ale naszą świadomością również manewrować w tej rzeczywistości i dostrajać się do warunków. Więc skoro praca w markecie wpływa na mnie w ten sposób, że pozawala mi bardziej zauważyć jakiś nieład, nieporządek, to jest to dobra sprawa. Dzięki temu mogę łatwiej sobie z takim nieporządkiem poradzić, bo nie ma już takiego „nie chce mi się” i „zrobię to później”, bo kilka ruchów związanych z porządkiem to praktycznie pestka i mniej niż jedna setna pracy, która danego dnia przerobiłem w markecie.

Kwestia druga to jednak pytanie – czy zawsze do życia mi taki nowy nawyk potrzebny? Czy porządeczek rodem z marketu jest czymś, co pomaga mi w życiu. Z jednej strony - tak - bo w ładzie lepiej się funkcjonuje. A z drugiej – bez przesady.

To, że hipermarket dąży do maksymalizacji zysków poprzez nieskazitelny wygląd, nie znaczy że moje zyski w postaci radości i szczęścia w życiu będą korelowały z ułożeniem wszystkiego w równiutki sposób w pokoju czy w sklepie, w którym akurat kupuję żywność. Trzeba w tym zachować złoty środek i spróbować odróżnić pracę od życia. A czasem jest zabawnie, jak we wspomnianym przykładzie z fejsowaniem na zakupach. Czasem po prostu się nie da ;}

Praca po godzinach

Choroby zawodowe z radością obserwowałem przez wszystkie dotychczas wykonywane profesje. Bo różnego rodzaju manie i obsesje dotykają ludzi z różnych branż. Nasza świadomość się fokusuje na danej kwestii i tak już zaczynamy w ten deseń interpretować rzeczywistość.

Pamiętam jak pewnego razu w redakcji osoba zajmująca się korektą opowiedziała mi o swoim przypadku. - Wiesz, kiedyś na urlopie wziąłem do ręki gazetę i chciałem poczytać, tak dla relaksu. Nie zauważyłem jednak momentu, w którym do ręki wziąłem ołówek... Ocknąłem się dopiero wtedy, gdy rysikiem podkreślałem to, co bym tam poprawił – to wyznanie mnie rozbawiło. Z pewnością znacie ze swojej ścieżki kariery podobne rozmowy. Tego jest multum. To jest straszne!

Czasem są to rzeczy zabawne. A czasem mniej. Bo problem zaczyna pojawiać się wtedy, kiedy na przykład kierownik, kierujący zespołem jak w obozie pracy, swoje metody, a co gorsza pełne skuteczności umiejętności i opanowanie technik zarządzania, zaczyna przenosić to wszystko na relacje w rodzinie. Albo ktoś kogoś zaczyna oszukiwać, bo na infolinii się tego nauczył.

A w głowie wielka kasa

Oglądałem ostatnio dla filmy, które dotyczyły tematu rynków finansowych i rzeczy, które ludzie potrafią zrobić dla kasy, byle tylko ich bank nie upadł. W „Chciwośći” było o tym bardziej na poważnie. „Big short” z kolei to taki komediodramat, opisujący prawdziwe wydarzenia związane z kryzysem finansowym, który na świecie wybuchł w 2007 roku.

Kilku bohaterów tych produkcji przeżywa solidne rozterki moralne, związane z działaniami, które przychodzi im podejmować. Reszta, jeżdżąca luksusowymi samochodami, nie widzi w niczym problemu... Nie przejmuje się sprzedawaniem ludziom produktów finansowych obarczonych dużym ryzykiem, zatajaniem przed nimi informacji, czy wręcz świadomym oszukiwaniem, aby pozbyć się ze swoich rak palącego balastu, gówna w worku.

Nie sposób mi się w tej chwili nie odnieść do teorii pola, stworzonej przez mojego socjologicznego idola Pierre'a Bourdieu ;} Twierdził on, a swoje teorie, popierał silnie szeroko zakrojonymi praktycznymi badaniami, że w świecie można wyróżnić wiele dziedzin takich, jak nauka, sztuka czy rynki finansowe. I każde z nich charakteryzują się własnymi regułami, których należy przestrzegać, aby odnosić w nich sukcesy. Pytanie tylko - za jaką cenę?

Wybór i pozytywy zawodowej choroby

Akurat w przypadku skromnej pracy wykładacza towaru nie ma mowy o zachłyśnięciu się finansami i dehumanizacji podjeścia do innych ludzi, bo wypłata jest raczej z tych minimalnych. Wpływ finansów i biznesowego podejścia na moją świadomość odczułem w małym stopniu przy przejściu z roli dziennikarza do piarowca. To było ciekawe doświadczenie. Jednak myślę, że jedno to to, co nas warunkuje, a drugie to to, jak my pozawalamy się temu warunkować i wkraczać w najskrytsze zakamarki naszego życia.

Dzięki pracy w markecie fejsuję na zakupach z automatu, bardziej dbam o porządek i jeśli to nie jest jakaś kompulsją, myślę, że to objaw pozytywny, a nie chorobowy.

Dziwię się czasem, że pomimo tego, iż przez moje ręce przetacza się masa różnych produktów, ja aż tak ich nie pragnę, nie wpływa to aż tak na mój głód. Można dlatego, ze jest tego po prostu dużo i ta masowość traktowana jest przez mnie bardziej jak rzeka, anie indywidualny produkt.

Dobre jest to, że dzięki wykładaniu towaru mam czas na rozpoznanie pewnych rzeczy, które pasują do mojego jadłospisu czy gustu, a których nigdy nie mogłem znaleźć lub nie myślałem, ze są tak łatwo dostępne. Teraz jeśli chcę, mogę je kupić. A jak biorę z półki, to oczywiście wysuwam na przód schowane w czeluściach półki produkty. Bo lubię ;}

comments powered by Disqus