Kiedy byłem małym chłopcem

Do głowy mi kiedyś nie przyszło, że w markecie może być tyle roboty! Dla małych dzieci wiele rzeczy po prostu jest naturalnych. To, że tramwaj jedzie, Słońce świeci, a towar leży na półce w sklepie jest czymś zastanym, całkowicie przewidywalnym i akceptowalnym, zwykłym.

Co bardziej dociekliwe dzieciaki zaczynają w pewnym momencie pytać o to, dlaczego coś się wydarza, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Jak jako mały chłopiec zadawałem mnóstwo pytań, ale to że w markecie trzeba tak starannie do wszystkiego podchodzić - to dopiero odkryłem, gdy się w nim zatrudniłem.

Kiedyś wiedziałem, że na kasach muszą pracować ludzie, że ktoś tam musi coś posprzątać, ale żeby tak cackać się każdym szczegółem? Że wszystko to jest aż tak ważne? Nie no już jest jakiś cyrk!

Od wewnątrz

To pierwszy wpis z cyklu „Proza z marketu”, w którym zamierzam zarówno zdradzać tajniki tego, co w sklepach wielkopowierzchniowych się na co dzień wydarza, ale też tropić absurdy, opowiadać śmieszne historie i relacjonować bliskie spotkania z klientami. Wpisy będą bardzo różne, krótsze i dłuższe, ale będzie je łączyć jedno – to taki minireportaż, który ma pokazać jak to jest być wykładowcą w hipermarkecie. No jak?

-To podfejsuj te piwa na szybko, co najmniej dwa rzędy żeby były – takie polecenia pierwszego dnia mogą się wydać dziwne. Człowiek jednak z czasem coraz bardziej wrasta w ten slang, a w jego słowniku fejsowanie, to już nie przesiadywanie na Facebooku, a bardziej synonim równiutkiego układania towaru na półkach, tak by estetyka nęciła klientów niczym zapierające dech w piersiach reklamy w telewizji.

Doprawdy, to dziwne, ale zaraz po tym jak się zatrudniłem w markecie, otworzyły się przede mną bramy do wiedzy, której normalnie bym nie był świadomy. Uchylę Wam teraz rąbka tajemnicy i pokażę, z czym to się wszystko je...

Niewidzialne żuczki

Każdego dnia w większych sklepach kilkadziesiąt osób dba o to, żeby wszystko było na cacy. Są wykładacze towaru, którzy w hipermarkecie naocznie obserwują, że rzeczywistość to ciągle zmieniający się fenomen. To, co poprzedniego dnia tak ładnie ułożyłeś na półce, następnego może wyglądać jak pobojowisko. Bo akurat ludzie rzucili się na jakiś asortyment i wymietli z półki prawie wszystko. Nie należy wieć przywiązywać się do stanu aktualnego - tego właśnie uczy ta praca.

Uczy również połączenia szybkości, jak i efektywności. Na sklep trzeba patrzeć z perspektywy całości. I nie ma sensu spędzać dwa razy więcej czasu w jednej alejce, dopinając wszystko na ostatni guzik. Liczy się ogólny efekt, widoczny dla klientów. W sklepie ma być po prostu porządek.

Pracujące żuczki, otwierające kartony, segregujące towar i sprawdzające daty ważności, to ludzie którzy są dla klientów prawie niewidoczni. A codziennie odbywa się tam tak ciężka orka. Gdy klienci kupują swoje ulubione piwo, soczek czy krakersy, nie wiedzą, ze znajdują się w tej chwili na terenie obozu ciężkiej pracy.

Podział ról

Im większy sklep, tym większy przemiał, tym więcej ludzi, tym wyższy poziom organizacji i subtelniejszy podział ról. W marketach są wykładacze towaru, liderzy poszczególnych działów, zewnętrzni przedstawiciele poszczególnych produktów, kasjerzy, ekipa sprzątająca, obsługa punktu informacyjnego, ochroniarze, magazynierzy, behapowcy, piekarze, sprzedawcy ryb i wędlin, a także kierownik i dyrekcja.

To wszytsko jest sprzęgnięte w jeden mechanizm, którego celem jest zwiększenie efektywności sprzedaży, a ilość wyrobionej normy widoczna jest przy wejściu i wyjściu z pracy na specjalnej tabelce. Kończąc robotę, wiesz, że poprzedniego dnia wyrobiono 120 procent normy, albo i 80, to uspokaja, dodaje dumy lub zastanawia i powiadomienie motywuje do większej orki. A z lustra w toalecie krzyczy do ciebie tekst – „Widzimy Twoj talent”. Czujesz się wtedy doceniony, dostreżony ;p Ale, gdy przychodzi wypłata, to już odczuwasz to nieco mniej ;p

Pracownicy to część wielkiego mechanizmu, jednego organizmu, tętniącego życiem i dbającego o jak najlepsze zdrowie. Hipermarket prawie nie śpi, on niemal cięgle jest na pełnych obrotach, automatycznie się odtwarza i utrzymuje swój lśniący wizerunek.

Duma i przerażenie

Na koniec tego zachęcającego do całego cyklu wpisu, który jest swoistym misz-maszem, togo co może w przyszłości w tym wątku na Was czekać, pragnę przedstawić sytuację, rodzaju właśnie takiego, w który bogate będą następne wpisy. Bo w pracy tej pełno sytuacji, z których można by nakręcić ciekawy film ;p

Wyobraż sobie, że kończy się piątkowa zmiana, kończy się kolejny tydzień pracy, a Ty szykujesz się do tego, aby skręcić w alejkę koszykiem wypełnionym kartonami i jak najszybciej udać się do toalety, by dokładnie zmyć ślady ciężkiej i mozolnej pracy przy wykładaniu i fejsowaniu towaru.

Wtem słyszysz rozmowę dwóch klientek:

-Jezu, ale to wszystko jest równo poukładane - w głosie kobiety da się wyczuć zdumienie, zmieszane z przerażeniem, zakrapianym dużą domieszką podziwu.

-No, nieźle - odpowiada druga kobieta.

-Bo ja to przed chwilą tak ładnie ułożyłem - odpowiada wykładowca i z uśmiechem na ustach patrzy na oczy klientek, tak pełne podziwu i bezgranicznej wdzięczności.

Koniec i początek

Nie ma chyba lepszego scenariusza na zakończenie dnia w pracy. Kiedy wiesz, że fakt iż ułożyłeś te wszystkie koncentraty pomidorowe, sosy, musztardy, majonezy i keczapy tak równiutko, że budzi to wśród klientów strach łamany z podziwem.

Wtedy wiesz, że Twoja praca ma sens. Że jest przydatna, mimo że tak bardzo organiczna i przyziemna. Ach, dla takich chwil warto ładnie układać towar na półkach :))) Nastęny wpis w kolejną środę!

Wcześniejsze wpisy, powiązane z cyklem:

Wykadowca, to brzmi dumnie

W dó drabinki na chwil parę

comments powered by Disqus