Bo dziś wizytacja jest

Pamiętacie może te czasy, kiedy to za komuny w Polsce na jakąś uroczystość przyjeżdżał pierwszy sekretarz? Ja nie aż tak, ale coś nieco oglądałem na ten temat w telewizji ;} W filmach dokumentalnych można zobaczyć, że to wszystko była gra pozorów, że wszystko było na niby, że każdy się sztucznie uśmiechał swoimi sztucznymi zębami. A już szczególnie ważny był ten jeden złoty ząb na przedzie, dodający całej atmosferze blasku i powagi.

Parodię i przejaskrawienie tego procederu zobaczyć można na przykład w serialu "Alternatywy 4" Stanisława Barei. Tam to się dopiero dzieje!

Ale myślę, że do tej pory maluje się w wielu miejscach trawę na zielono. I nie potrzebny jest do tego żaden pierwszy sekretarz. Faktem jest, że przy ulicy Hipermarkety 4 rozgrywa się ta sama odwieczna gra. Pierwszym sekretarzem jest wtedy dyrektor regionalny, a gdy odjeżdża, choinki upadają na ziemię i trawa blednie, wszystko wraca do normy.

Coś jest inaczej niż zwykle

Gdy w moim markecie zbliża się wizytacja, można to w bardzo łatwy sposób zaobserwować. Przyspieszone kroki i przyspieszony oddech przedstawicieli kierownictwa i dyrekcji. Mętlik w oczach, blade spojrzenie i coraz bardziej nerwowa atmosfera. Gdy wśród tej krzątaniny wydarzeń znajdzie się przerwa na zadanie pytania – wnet pada ono.

-Co się dzieje? Czemu tu dzisiaj taki chaos?
-A wiesz, bo dziś wizytacja jest, także tu wszystko musi dziś świecić.

Jasna sprawa! Aha, więc trzeba się dziś bardziej postarać. Więc wszyscy dają z siebie więcej. Co ciekawe takich wizytacji w ciągu roku podobno jest kilka – jedna niezapowiedziana i kilka zapowiedzianych. Do tego dochodzi Sanepid, dochodzą i PIPy. Ale to nieco inna bajka ;} Ja jednak o tym, że ktoś dzisiaj ma być, słyszę zdecydowanie za często, a później czasem jakoś ciężko to zweryfikować...

-Był już czy nie?
-A nie wiem, nie wiedziałam.

Stąd moja teoria, jakże spiskowa, że może to być czasem tak motywacyjny trick, dzięki któremu w bardzo łatwy sposób można motywować pracowników do większej pracy. Bo przecież wiadomo, że jak gość w dom, to Bóg w dom. Porządek wtedy musi być! Więc każdy się jakoś w to bardziej świadomie czy nieświadomie wkręca, tak jak to widzę. Może i tak być! Ale nie zawsze jest to na niby. To znaczy zawsze jest na niby, ale w nieco innym sensie ;}

Do góry nogami

Symptomem wizytacji jest również często totalna zmiana reguł. Białe staje się czarne, a czarne białe, w zależności od tego jaki wzrok ma wizytująca market osoba. Strasznie rozbawił mnie fakt, że przez większość czasu kierownik sklepu prosił wykładających towar o to, aby żaden karton na kafelkach nie leżał, bo to tak nigdy nie może być i jest to wielce karygodne.

Minęło parę miesięcy i odwrócone zostały reguły. Bo zaczął być testowany nowy system. Aha, jak system, to to już jest poważna sprawa, i trzeba się do tego dostosować!

-To kiedyś była prośba, aby kartonów nie stawiać na podłogę, a teraz jest inna prośba? - pytam z przekąsem kierownika.
-Siła wyższa - odpowiada, wzdychając i zamykając na chwilę oczy, chyba sam nie wierząc w to, co tutaj się tego dnia wydarza.

No tak! Przecież o systemach wdrażanych przez górę się nie dyskutuje. Je się po prostu wdraża, myśli co się chce, ale przełyka ślinę i pracuje nadal, w systemie nowej generacji.

I po krzyku

Kiedy już taki wizytator, niczym kacyk z PZPR, pojawi się w sklepie, panuje bardzo miła atmosfera. Przemiła! Przez kilka minut hipermarket zmienia się w niebo na Ziemi, w którym panuje tylko dobro, piękno i miłość. Te chwile są godne zapamiętania. Ach...

Wizytacja trwa 5 minut. Taki wizytator dotknie ziemniaka, sprawdzi czy nie za miękki, czy nie za twardy. Spojrzy w dwie alejki, zajrzy za jeden róg, zajrzy za drugi. Coś tam powie, sypnie jakimś żartem, odwróci się na pięcie i po sprawie.

Wtedy przedstawienie można zakończyć. Wtedy można wreszcie wyjść z teatru i wrócić do normalnej pracy ;}

comments powered by Disqus