Wykładowca, to brzmi dumnie

Wstaję wcześnie rano. Jestem tego dnia bardzo radosny, mam niesamowicie dużo energii i werwy do działania. Dziś jest mój wielki dzień, bo zaczynam pracę w zawodzie, którego nigdy wcześniej nie wykonywałem. Zostałem wykładowcą!

Robię medytację, biorę prysznic, jem śniadanie i odgrywam z mozołem, ale i radością całą poranną rutynę, która ma mnie przygotować do tego wspaniałego dnia. Pakuję do plecaka przygotowane wcześniej przeze mnie drugie śniadanie i wszelkie potrzebne mi drobiazgi, bez których nie wytrzymam będąc poza domem. Z uśmiechem na ustach idę przywitać ten nowy dzień, który z pewnością zapisze się w mojej karierze złotymi zgłoskami. A przynajmniej mam taką cichą nadzieję.

-To taka darmowa siłownia – żartuje Jacek, któremu w szybkim tempie podaję do góry kilkanaście zgrzewek z wodą mineralną. Po pierwszym dniu w pracy jestem zbyt zmęczony, aby na spokojnie przeliczyć ile setek kilogramów, albo i ton mogło mi się dziś przewinąć przez ręce.

Jak to się stało?

Przez większą część mojej kariery zawodowej z reguły wykonywałem prace umysłowe. Byłem już dziennikarzem, specjalistą do spraw public relations, specjalistą do spraw reklamy, copywriterem, recepcjonistą na hostelowej recepcji i ankieterem.

Kiedyś wydawało mi się, że praca dla kogoś takiego jak ja musi współgrać ze zwrotem „wykształcenie wyższe”. Myślałem, że koniecznie muszę zawsze używać swojego mózgu zamiast siły mięśni. Nadal podtrzymuję moje słowa o tym, że nie po to przez 5 lat się studiuje, aby pracować później przez całe życie poniżej swoich kwalifikacji. Czasem jednak można na chwilkę zboczyć nieco z toru... Na czas jakiś…

W przeszłości z reguły szukałem więc prac umysłowych, takie też znajdowałem, mniej lub bardziej mnie satysfakcjonujące. Przełom nastąpił w zeszłym roku, kiedy to przez półtora miesiąca parałem się malowaniem domków w Norwegii. Chciałem poznać smak pracy fizycznej i zapach dużej ilości gotówki zarobionej w krótkim czasie. Przypadkiem przez jeden dzień zbierałem tam też śmieci przy autostradzie, aby zarobić na smaczne jedzenie.

Robota na przeczekanie

Kiedy pieniądze zarobione na obczyźnie zaczęły się nagle kurczyć, wziąłem się na poważnie za poszukiwanie pracy. Szukałem oczywiście (?) pracy umysłowej. Aby jednak przeżyć zdecydowałem się zatrudnić przy wykładaniu towaru w pobliskim hipermarkecie.

-Coś tam sobie zarobię, zobaczę jak wygląda od środka kolejna tajemnicza profesja, a w tle będę sobie szukał innej roboty i pisał dalej na spokojnie książkę z podróży – tak sobie myślałem. I niewiele się zastanawiając skontaktowałem się z odpowiednią osobą w celu zaklepania stanowiska wykładowcy.

Dziwnie mi było ze świadomością, że przyjdzie mi pracować poniżej swoich kwalifikacji. Potraktowałem i nadal traktuję to jako lekcję pokory. Kiedyś na tym blogu popełniłem tekst pod tytułem „Kasjer z dyplomem”, który zahacza o tę tematykę. Wtedy nie sądziłem, że to właśnie mi 2 lata później przyjdzie wykładać towar na półkę.

Po pierwsze nożyk

Z każdym razem nie mogę wyjść z podziwu nad tym jak bardzo ograniczone poprzez nasze życiowe doświadczenie mamy podejście do różnych spraw. Wykonując kolejną z rzędu profesję, widzę jak błędnie postrzegałem coś wcześniej, nie znając prawdziwej natury rzeczy. Myślałem, ze coś jest banalnie proste, albo że coś jest zrobione źle, a teraz widzę jak błędny sposób na niektóre sprawy patrzyłem.

-Jak ułożysz te syropy, to możesz fejsować piwa – otrzymuję polecenia, które z czasem coraz bardziej zaczynam rozumieć. Już po paru dniach łapię się na tym, że automatycznie zaczynam używać wykładowczego slangu. Towar na półce w dużym hipermarkecie ładnie wygląda i nigdy się nie zastanawiałem ile pracy trzeba poświęcić, aby był on tak ładnie posegregowany i świecił w pierwszym rządku swoim "fejsem", zdając się błagać klienta o to żeby to właśnie jego kupił.

Zgrzewkę ogórków konserwowych w słoikach trzeba najpierw z mozołem rozciąć nożykiem, który pierwszego dnia namiętnie od wszystkich pożyczam, chcą mieć na starość palce w całości. Po sprawdzeniu kodu produktu i wyłożeniu na półkę nastąpić musi fejsowanie. Pierwszy i drugi rządek towaru misi nęcić klientów jak striptizerka w klubie nocnym.

Kto tam pracuje?

Koledzy i koleżanki z pracy to bardzo różne osoby. Niektórzy pracują na etacie gdzieś indziej i żeby kupić nowe ubranka dla dzieci dorabiają sobie tu po godzinach. Niektórzy są kredytowymi niewolnikami. A niektórzy Ukraińcami czy studentami.

-Pracuję w tej branży od 7 lat. A wszystko zaczęło się od tego, że chciałem sobie w liceum zarobić na wakacje. I tak jakoś się zasiedziałem – wyjaśnia mi w skrócie swoje Curriculum Vitae Artur, mój bezpośredni przełożony.

Niektórzy są tu na chwilę, mgnienie oka czy jeden dymek z kosmicznej fajki. Niektórzy jednak znajdują tu swój pracowniczy dom i wrastają w fotel wykładowcy, a ich wcześniejsze marzenia i plany o karierze zmieniają się, ewoluują lub przykrywa je gruba warstwa kurzu, którego nikt nigdy już nie zdejmie. Różnie to bywa…

Nuda albo i błogosławieństwo

Wydawać by się mogło, że po kilku dniach zaznajomienia się z regułami dotyczącymi wykładania towaru praca powinna stać się dla każdego człowieka bardzo rutynowa i z tego powodu okropnie nużąca. Wszystko jednak zależy od perspektywy, którą się przyjmie.

Ja mimo wszystko widzę w niej wielki potencjał, to dla mnie niemalże medytacja, pomagająca wyciszyć myśli, uspokoić umysł i skoncentrować się na jak najlepszym wyłożeniu towaru, aby mógł on bezkarnie nęcić portfele klientów.

Nie ma tu wielkiej filozofii, jest tu i teraz, moje nogi, w których czuję pulsującą krew, od wszelkich przykuców, przysiadów i sklepowych akrobacji, moje ręce którymi macham we wszelkie strony świata i półkę nie zgadzającą się na żadną formę oszustwa, czy szemranego kompromisu

Te ludzie się o wszystko pytajo

Bo klient na półce widzi wszystko, każdy szczegół i każdą fuszerkę, a jeśli o czegoś znaleźć nie może czy czegoś nie wie, to się o to pyta… Ten aspekt kontaktu z ludźmi również przypada mi w pracy merchandisera bardzo do gustu.

Zdarza się, że klient podchodzi do sprawy z negatywnymi emocjami, poirytowany tym, że niczego nie może znaleźć, przeklina pod niebiosa hipermarket i dzieli się teoriami na temat tego jak to wszystko powinno działać, a jak nie działa. Daje się niekiedy również odczuć lekką pogardę wobec mnie, człowieka pracującego na najniższym szczeblu hierarchii.

W większości przypadków jednak moja umiejętność pomocy klientowi w znalezieniu upragnionego towaru koreluje z jego szczerym uśmiechem wyrażającym dozgonną wdzięczność i szacunek.

Inna, szersza perspektywa

Wykładanie towaru to płynne przejścia pomiędzy monotonną pracą w ciężkim obozie pracy a byciem ekspertem, szamanem, posiadającym wiedzę tajemną na temat miejsca wszelkich rzeczy na wszelkich półkach wszechświata.

To mozolne zajęcie, wymagające cierpliwości, determinacji, siły fizycznej i psychicznej. To ciężki chleb i przeciskanie się pomiędzy klientami mniej lub bardziej przyjaźnie do sklepów i pracowników nastawionymi.

To ćwiczenie w pokorze, zmieniające świadomość. Bo, wierzcie mi, żadne moje zakupy w sklepie już nigdy nie będę takie same. To kolejna zawodowa choroba, która zostałem zainfekowany. Wchodząc w rolę klienta z automatu zaczynam fejsować czekolady czy oceniać rozkład i braki w towarze. To zostaje w pamięci, to nigdy nie odchodzi, to zmienia i układa nasz wewnętrzny towar na półkach naszego umysłu.

comments powered by Disqus