Taki to ze mnie fachowiec

W kilka dni zarabiałem tam tyle, ile normalny pracownik w Polsce na płacy minimalnej. Świadomość tego faktu przerażała mnie, ale jednocześnie dopingowała podczas machania pędzlem na prawo i lewo. Dziwne to uczucie - pracować fizycznie, wykonując prostą pracę i w krótkim czasie zarobić więcej niż przez dwa miesiące w dużej lokalnej gazecie w Polsce. Wreszcie miałem okazję odbić się finansowo i pokazać post-absolwenckiej rzeczywistości środkowy palec. Panie Świecie, raczysz Pan żartować?

Szkoda, że w Polsce tak łatwo nie ma. Z drugiej strony – to wspaniale, że istnieją możliwości za granicą, że można marzyć o lepszym życiu i godziwym zarobku i być w stanie ten plan zrealizować. Między Szczecinem czy Gdańskiem a norweskim Oslo czy Stavanger jest tylko kilkaset kilometrów. To rzut beretem, jeśli chodzi o odległość, ale lot na Księżyc, jeśli weźmiemy pod uwagę różnice w minimalnym wynagrodzeniu.

Ale żeby wyjechać i zakotwiczyć się w kraju, w którym w latach 60. Amerykanie odkryli ropę i wprawili w ruch koło zamachowe, na którym oparte jest bogactwo tego kraju, trzeba mieć mimo wszystko pewne umiejętności, znać język angielski, a także mieć odwagę i apetyt na zmianę.

Odkrywanie ukrytych zdolności

Podjąłem ryzyko, aby przyjechać do nieznanego kraju samotnie i bez kontaktów znalazłem pracę w zawodzie, którego nigdy wcześniej nie wykonywałem. Miałem wiedzę teoretyczną i wsparcie mojego budowlanego guru. Wystarczyło tylko zabrać się do roboty. Wiedziałem, ze sobie poradzę, ale chwilami miotały mną poważne wątpliwości.

Trudno było jednak o lepszą sytuację. Przez pierwsze 2 dni pracy byłem sam na włościach, nikt nie patrzył mi na ręce, a ja mogłem na spokojnie pracować. Musiałem pomalować dwukrotnie duży dom z nowymi panelami, a także odremontować garaż. Panele oczywiście musiały być przed malowaniem umyte i przynajmniej częściowo zagruntowane. Mimo, że właścicielka twierdziła, że tego nie muszę robić, ja chciałem swoją robotę wykonać jak najlepiej. Jakem fachman!

Pierwszy dzień upłynął mi na czyszczeniu i gruntowaniu paneli. Uaktywniały się we mnie pokłady praktyczności, tak silnie poprzykrywane przez nawyki z umysłowej pracy, którą w życiu głównie wykonywałem. Ale działo się to powoli... Z początku straszył mnie nawet wąż ogrodowy. Z godziny na godzinę, z dnia na dzień stawałem się jednak coraz większym ekspertem, majstrem, kierownikiem. Ciekawie było mi obserwować tę przemianę, która się we mnie wtedy dokonywała.

Nowa rola dla Magistra

Kręciło mnie to! Pomyślcie, to cudowne, że jako ludzie możemy wcielać się wżyciu bardzo różne role i dzięki temu zyskiwać nową perspektywę. To, co robimy wpływa na nasze myślenie. Dzięki temu doświadczeniu wiem, że malowanie to tylko z pozoru łatwa robota.

Wydawać by się mogło, że to tylko machanie pędzlem na prawo i lewo. Jednak każdego dnia odkrywałem w tej działalności coś nowego, wprowadzałem ulepszenia. Moje dłonie musiały się przyzwyczaić do nowej aktywności. Mimo, że robiłem sobie odpoczynki, zakwasy na dłoniach i rękach miałem z początku potężne. Trzeba było o tym nie myśleć i robić swoje. Ale jak tu nie myśleć jak ci ręka drętwieje z bólu, jesteś w połowie dniówki i uświadamiasz sobie, że na malowanie zejdzie Ci o wiele więcej czasu niż planowałeś? Można. I trzeba :}

Wkrótce wyrobiłem w sobie rutynę, wszystko stawało się coraz bardziej proste. Opanowałem również demontaż paneli, cięcie drewna i zakładanie nowych desek w kilku miejscach. Stawałem się fachowcem.

Pociąg na mnie gwizdał

Pogodę miałem bardzo dobrą. A dla malarza pogoda jest akurat kluczowa, bo gdy się maluje – panele musza być suche. Nie może padać! Trafiłem akurat na czas bardzo słoneczny i testując różne warianty – malowania w cieniu i słońcu – pracowałem, robiłem swoje krok po kroku.

Dość ciężkie było to, że nie do wszystkich ścian domu dostęp był łatwy. Dwie z nich był niskie, więc malować mogłem z ziemi lub przy użyciu małej drabiny. Pozostałe dwie to było ogromne wyzwanie!

Jedna była wysoka na 5-6 metrów i znajdowała się 30 metrów od fiordu. Mogłem więc podziwiać w słoneczne dni piękne widoki. Miejscówka jak marzenie, chciałoby się rzecz. Byłoby tak, gdyby nie jeden bardzo istotny szczegół. Kilka, a może i nawet kilkanaście razy dziennie przejeżdżał tamtędy pociąg, który akurat na wysokości malowanego przez mnie domu wydawał przeraźliwy pisk.

Wyobraźcie sobie więc mnie, stojącego na drabinie na kilku metrach, słyszącego z zaskoku takie coś. No pędzel niejednej osobie by wylatywał z rąk cały czas.

Chwała na wysokości

O ile wysokość to dla mnie nie problem, bo przez wiele lat trenowałem wspinaczkę sportową i do ekspozycji jestem przyzwyczajony, to z drabiną jednak miałem mało wspólnego i tak po prostu, po ludzku, nie ufałem jej. Wiele dni zajęło mi przełamanie strachu podczas malunków na tym diabelskim urządzeniu. Czasem słysząc, ze nadjeżdża pociąg, czekałem aż zatrąbi i odjedzie w siną dal, wyzywając go w myślach :}

Minęło trochę czasu i przestałem podskakiwać na dźwięk ogłuszającego sygnału, przestałem się bać. Na sam koniec zostawiłem sobie najtrudniejszą ścianę. Teren pochyły utrudniał tam pracę, nie dość, że pod drabinę musiałem podkładać deski, to okazało się, że przez kilka godzin muszę stać na wysokości 6 metrów. Do tego fragmentu również potrzebna mi była pomoc drugiej osoby przy ustawieniu drabiny. Samemu było to fizycznie nie możliwe, nawet jeśli byłoby się Pudzianem.

Dom został pomalowany, a ja przeżyłem i zarobiłem należne mi pieniądze. Powiem szczerze, że pod koniec malowania na wysokościach żal mi było kończyć pracę. Zaczęło mnie to po prostu rajcować :}

Relaks, piłka nożna i wino

Dodać trzeba do tej całej pięknej historii jak z bajki, że szefową miałem wspaniałą. Plan był taki,że miałem spać w chatce, która znajdowała się 10 metrów od domu.

Kiedy jednak po wspólnej kolacji przy winie z właścicielką i jej partnerem zobaczyli oni, że ze mną raczej nie powinno być problemów, otrzymałem propozycję spania w domu.

Atmosfera była bardzo przyjemna. Wspólnie oglądaliśmy mecze polskiej reprezentacji na Euro 2016, ja uczyłem się norweskiego, a Marianne polskiego.
Pewnego razu zobaczyłem, że w domu jest kolekcja dzieł wielkich noblistów z dziedziny literatury.

Toż to Sienkiewicz

Ze zdumieniem i nieukrywanym zachwytem odkryłem, że na półce leży sobie "Quo Vadis" Sienkiewicza. Powiedziałem, że to polski noblista...

Marianne kazała mi napisać na stronie tytułowej książki krótką informację na ten temat i podpisać się swoim imieniem i nazwiskiem z dokładną datą. Tak tez zrobiłem. Dom pomalowałem, autograf złożyłem, teraz czas na Nobla :}

Za tydzień druga część opowieści, bo samo pomalowanie domu i garażu to nie było wszystko. Właścicielka zatrudniła mnie później do grubszego remontu. Trzeba było się nieco poduczyć fachu i podziałać :} Ale o tym po krótkiej przerwie na reklamy!

comments powered by Disqus