Sztukmistrz podbija wielki świat

Perspektywa szukania kolejnego domu do malunku nie napawała mnie zbytnią radością. Za pierwszym razem na pracę polowałem przecież ponad tydzień. Wiedziałem z czym się je codzienne wielogodzinne chodzenie od domu do domu. W okolicy Trondheim znałem niemal każdy zakątek na przestrzeni kilkunastu kilometrów kwadratowych.

Chciałem jednak zarobić co najmniej drugie tyle, co zarobiłem w czerwcu, więc nie poddawałem się i kontynuowałem tę turystyczno-zarobkową eskapadę w nieznane. Z Narwik, gdzie u mojego hosta na Couchsurfingu zregenerowałem siły i co bardzo ważne – wreszcie mogłem wziąć prysznic, zwiedziłem także nowo otwarte muzeum wojenne, pogawędziłem z hostem, a nawet miałem czas, żeby obejrzeć ze dwa filmy. Byłem taki spragniony kultury ;]

Sunąc palcem po mapie, starałem się wpaść na pomysł w jakie fajne miejsce pojechać, aby znaleźć robotę. Zdecydowałem się, żeby kierować się na północny-wschód drogą główną E6 i rozmawiać z ludźmi. Być może pracę znajdę będąc w samochodzie – tak sobie gdybałem ;]

W stronę Paryża Północy

Po kilku małych podwózkach stałem na rozstaju dróg z tabliczką z napisem „Alta”. Kilka metrów za mną zatrąbił samochód. Siedząc już w nim brałem udział w takiej oto rozmowie:

-Dlaczego chcesz jechać do Alty?

-W zasadzie to nie wiem jeszcze dokąd chcę jechać, napisałem tę nazwę, bo to jedna z większych miejscowości przy drodze E6. Podróżuję i szukam domu do pomalowania, zobaczymy gdzie dojadę.

-Tromsø jest większe. My właśnie tam jedziemy, to bardzo fajne miasto, więc jeśli nie masz sprecyzowanych planów – mógłbyś je zobaczyć.

Pomysł ten wydawał mi się bardzo ciekawy. Okazało się, że Tromsø nazywane jest Paryżem Północy i mieszka w nim 80 tysięcy osób. Tyle, co w całym regionie Finnmark, który rozpoczyna się kilkadziesiąt kilometrów na wschód od miasta i ciągnie aż do granicy z Rosją, a co najciekawsze - a jest wielkości Danii.

Kemping w otoczeniu zieleni

Po raz kolejny miałem okazję podczas tej podróży rozbić się w przepięknych okolicznościach przyrody. Mój kierowca i jego żona, która gorący klimat Ameryki Południowej zamieniła na koło podbiegunowe, podpowiadali mi żebym spróbował rozbić namiot gdzieś w okolicach terenów spacerowych na południu miasta.

Poszedłem za dobrą radą i pierwszej nocy mogłem delektować się szumem dwóch strumieni, które płynęły niemal równolegle, a mój namiot znajdował się pomiędzy nimi. Minusem mojej miejscówki był fakt, że przychodziło tam czasem stanowczo za dużo spacerowiczów. Na całe szczęście do mojego zakątka nie każdy z tych weekendowych turystów był w stanie trafić.

Pomyślałem sobie na początku, że nie ma co szaleć i się zarzynać. Przez pierwszych kilka dni zwiedzałem miasto i cieszyłem się tym absurdalnym stanem. Tym, że tak to się wszystko poukładało. Nie planowałem przecież tego wcale, a tu nagle bach - śpię sobie pod namiotem w Tromsø na dalekiej Północy i szukam pracy. Surrealistycznie bywało wtedy, bardzo miło wspominam ten czas nieskrępowanego żywota.

Uliczna żonglerka po raz pierwszy

Trafiłem z początku na przepiękna pogodę. I było mi z tym naprawdę dobrze. Za dnia przemierzałem drogę do miasta. Aby do niego dojść musiałem pokonać bardzo długi podwieszany most, którym szło się z 10 minut, a na jego szczycie czuć było jak lekko drży pod wpływem ruchu samochodowego.

Widoki były przepiękne. Czas mijał mi na delektowaniu się spokojną atmosferą miasta, ładowaniu powerbanku na kempingu, czytaniu i medytacji. Regenerowałem się, szykując się na kolejne wyzwania.

A wyzwanie czekało tuż za rogiem, bo… Nagle przypomniała mi się żonglerka, którą amatorsko ćwiczyłem wtedy już od około 2 lat. Nigdy wcześniej jednak nie wstępowałem publicznie. Prawdopodobnie podczas porannego wywijania piłeczkami nad rzeką w pobliżu mojego namiotu wpadłem na pomysł publicznego wystąpienia. Trzeba było wyjść ze strefy komfortu jeszcze bardziej ;]

-A gdyby tak stanąć tutaj na głównej ulicy? Przecież gra tam jakiś grajek, no to ja mogę pożonglować – pomyślałem.

Cztery korony w zębach tu przynoszę

Zbierałem się do tego kilkanaście minut, bo żadne miejsce do żonglowania na tej głównej ulicy nie wydawało mi się być miejscem najlepszym. W rzeczywistości chodziło to, że zżerała mnie artystyczna trema, dlatego ćwiczyłem się w prokrastynacji, oszukując siebie, że chodzi tutaj o wybór miejsca.

Nikt poza mną mnie do tego nie zmuszał, nikt znajomy mnie tutaj nie mógł spotkać, ale ja i tak strasznie się bałem. Wreszcie się przełamałem i wystartowałem z żonglerką. Zacząłem się rozluźniać i cieszyć się moja nową aktywnością. A przed moimi nogami położyłem do góry dnem mój dżinsowy kapelusik, który w tamtej chwili był już artystycznie okraszony malarską farbą.

Wreszcie po kilkunastu minutach wpadła pierwsza kasa. W sumie to zarobiłem 4 korony, co w przeliczeniu na polskie 2 złote. A żonglowałem prawie godzinę. Było warto!

Szukanie z większą świadomością

Po kilku dniach swobodnego cieszenia się byciem na dalekiej Północy w Tromsø zacząłem porozglądać się za robotą. Pogoda się zmieniła ze słonecznej na ponuro-deszczową, a ja zakasałem rękawy i zabrałem się do nawiązywania kontaktów z potencjalnymi klientami ;]

Zauważyłem, że pomimo o wiele większej łatwości z jaką przychodziło mi łażenie po domach, rezultaty były dość marne. Swobodniej mi się rozmawiało, dziennie potrafiłem w tym samym czasie odważyć się na rozmową z kilkakrotnie większą liczbą ludzi niż w okolicach Trondheim.

Byłem jednak po paru dniach bardzo zrezygnowany, a pogoda mnie dodatkowo dobijała. Wtedy zdarzył się pewien cud, który spowodował, że w jednej chwili dokładnie zrozumiałem, co mam zrobić. Mniej więcej po tygodniu od przyjazdu do 80-tysięcznego miasta spotkałem tuż przy moście żonę kierowcy, który mnie tu przywiózł.

Szast prast i… wyjazd

-Myślałam, że jesteś już w Alcie. Jak idzie szukanie pracy? – zapytała.

-Nie, parę dni relaksowałem się i zwiedzałem miasto, a potem obszedłem je prawie całe, ale nadal nie znalazłem pracy.

-Pewnie się uda. Powodzenia!

Rozmowa wyglądała mniej więcej tak, ale wspaniałe w niej było to, że otworzyła mi w głowie furtkę pod tytułem – „mogę przecież się stąd wynieść, istnieją inne możliwości”. Bywa niekiedy tak, że bez słowa wypowiedzianego przez inną osobę fiksujemy się na danym celu i czasem trudno nam zobaczyć inne punkty widzenia.

Tak było tym razem. Szybko przeformułowałem swoje plany. Zdecydowałem się, że podsuszę tylko swoje pranie, w którego suszeniu przeszkadzał siąpiący prawie cały dzień deszcz i spróbuję się stąd gdzieś wynieść.

Pojadę jeszcze dalej na Północ

Napisałem od razu do Arnta, lekarza z Hammerfestu, który pozwoził mnie 2 tygodnie wcześniej i zostawił mi kontakt do siebie. Zapytałem smsem czy mógłbym go odwiedzić? Dość szybko oddzwonił i okazało się, że jak najbardziej może mnie ugościć w Hammerfeście.

-Być może będę mieć dla ciebie też jakaś małą pracę związaną z cięciem drewna – dodał, a ja od razu uzmysłowiłem sobie jak dobrą decyzją było napisanie do niego smsa.

-Wysuszę tylko pranie i ruszam w stronę Hammerfestu – jak powiedziałem, tak zrobiłem.

Aż sam zdziwiony byłem jak wielka energia we mnie wstąpiła i jak byłem w stanie wszystko w mega szybki sposób doprowadzić do finału. Wyruszałem ponownie w nieznane, ale już mniej niepewne niż wcześniej.

Za dobrą monetę wziąłem to, że z miasta wyjechałem akurat z… Polakiem. Następny był Niemiec, a potem Norweg. Polak, Niemiec i Norweg, prawie jak w kawale. A moja podróż pełna był dobrych kawałów ;]

Filmy na YouTube powiązane w wpisem:

Żonglowanie na drodze E6 w Norwegii

Wyjazd z Tromsø

W drodze na Hammerfest

Finnmark na stopa

comments powered by Disqus