Skrzynka pocztowa to rzecz święta

Szukanie pracy zawsze wygląda mniej więcej tak samo. Człowiek jej nie ma, a na dodatek kończą mu się pieniądze. Z czasem zaczyna się czuć zrezygnowany i sfrustrowany. Ale stara się usilnie jakoś tę robotę zdobyć. Podobnie było w Norwegii... Poza tym, że mieszkałem pod namiotem w lesie w obcym kraju, byłem tam sam i daleko od domu, nie było to nic nadzwyczajnego :} Było tak jak zawsze... I mierzyć musiałem się z tymi samymi emocjami jak każdy inny poszukujący pracy człowiek.

Z tym, że szukałem pracy w profesji której nigdy tak na poważnie nie wykonywałem. To budziło z początku pewne obawy, ale jak opisałem w poprzednim poście – przygotowałem się przed wyjazdem pod względem informacyjnym dość dobrze, a na dodatek w Norwegii poznałem Grzegorza, Polaka, który został moim ekspertem od spraw budowlanych. Wiedziałem, że sobie poradzę! Ale nie przeczuwałem na jakie nie znane mi dotąd trudności mogę podczas szukania pracy natrafić...

Ja tu tylko roznoszę ulotki

Spotkała mnie raz bardzo przykra sytuacja... Poszedłem jednego dnia na jedno wzgórze, na którym mieściło się około 10 domów jednorodzinnych. Oceniłem, że większość nie potrzebuje remontu, ale jeden z nich wydał mi się „w potrzebie”. Pamiętam, ze był na nim nr 812. Więc podszedłem w stronę zbiorczych skrzynek pocztowych, aby odszukać ten piękny numer. Były na skrzynkach jednak tylko nazwiska.

Przyglądałem się im tylko przez jakieś 5 sekund, wybrałem na chybił trafił jedną z nich i wrzuciłem w mgnieniu oka ulotkę z krótką informacją o poszukiwaniu przez mnie pracy przy malowaniu domów i numerem telefonu. Wydrukowałem sobie takich ponad 100, ale że miałem je już na wykończeniu, to oszczędzałem. Dlatego wrzuciłem ulotkę do tylko jednej skrzynki, której pokrywkę podniosłem na mniej niż pół sekundy.

Żwawym krokiem zacząłem wycofywać się z miejsca. Nie zdążyłem przejść jednak 50 metrów, gdy obok mnie zatrzymał się samochód i wyskoczył z niego poddenerwowany mężczyzna.

Coś się zaraz stanie

-Hello – powiedział.

-Hello – odpowiedziałem z uśmiechem, ale lekkim zdziwieniem.

-Co tutaj robisz?

-Po prostu chodzę i patrzę, który dom mogę pomalować. Roznoszę ulotki.

-Czy mogę Ci zrobić zdjęcie?

Przy tym pytaniu jeszcze się nie zorientowałem o co chodzi, ale wywołało to we mnie już spore zdziwienie. Po co komuś moje zdjęcie. To chyba nie Afryka, gdzie miejscowi robią sobie fotki z białymi turystami…

Norweg zrobił mi zdjęcie, potem zapytał się czy mogę pokazać mu swój dowód osobisty i też chciałby zrobić jego zdjęcie. Wiedząc, że nie mam nic do ukrycia – zgodziłem się bez wahania, chociaż w tyle głowy zaczynał się rodzić we mnie gniew. O co niby jestem podejrzewany? Że jestem obcokrajowcem, to już oznacza, że muszę być złodziejem?

Jak na przesłuchaniu

Mój rozmówca wypytał się mnie dokładnie o to, co ja tu robię i wytłumaczył, że podejrzewają mnie o to, że ja kradnę pocztę ze skrzynki na listy. Jak tak rozmawiałem sobie z tymi ludźmi, bo z sąsiedztwa przyszło ich kilku, zauważyłem, że w większości są to przyjaźni, choć przeczuleni nieco na punkcie bezpieczeństwa ludzie.

Wyjątkiem była jedna z właścicielek domu, która twierdziła, że ja kłamię, ukradłem jej pocztę ze skrzynki. Twierdziła nawet, że widziała jak zaglądałem do jej skrzynki. Wydaje mi się to dziwne, bo ja do żadnej z tych skrzynek nie zaglądałem, a wieczko jednej podniosłem na ułamek sekundy. Ale widocznie ta kobieta musiała widzieć to niezależnie od swojego narządu wzroku. Także przekonać ją o mojej niewinności nie dałem rady.

Tę wariatkę tłumaczyć może fakt, że w lokalnej gazecie któryś z dziennikarzy przestrzegał czytelników przed złodziejami kradnącymi pocztę ze skrzynek na listy. No więc to na pewno musiałem być ja. Bo kto inny? Wezwano policję…

Dziennikarska karma

Zastanowiła mnie ta sytuacja bardzo. Być może to coś na kształt dziennikarskiej karmy, którą musiałem kiedyś w życiu przełknąć. Być może też kiedyś jako dziennikarz napisałem coś nieświadomie i spowodowałem panikę u kogoś. A postronna osoba na tym ucierpiała. Kto wie? Mogło tak być.

Ale wracając do sytuacji - czekałem dość spokojnie rozmawiać z jedną bardzo miłą starsza panią. Miała prawie 70 lat, a angielskim władała na poziomie lepszym niż niejeden młody Polak. Poirytowany byłem jednak tym, że stracić musiałem 30 minut z cennego czasu, który mogłem poświęcić na szukanie pracy.

Ale no dobra. Chcieli mieć tę policję, to będą mieli. Zobaczą za chwilę jakimi są zlęknionymi frajerami, tak myślałem.

Różowe rękawiczki

Po kwadransie oczekiwania przyjechała policja. On i ona. Nie mogę złego słowa powiedzieć na tę interwencję. Czułem się podczas niej jakbym był unikalnym obrazem, który trzeba ochronić przez jakimkolwiek uszczerbkiem. Policjantka przeszukiwała mój plecak w różowych rękawiczkach.

-Podobają ci się moje rękawiczki? – żażartowała na samym początku z uśmiechem.

Po przeszukaniu zapomniała włożyć część rzeczy do środka. Widząc, że ja je wkładam, przeprosiła mnie. Moim zdaniem policja była nawet zbyt grzeczna. Być może wiązało się to z faktem, że po kilku minutach rozmowy zauważyli, że nie mają do czynienia z żadnym złodziejem. I bardziej zażenowani byli postawą ludzi z sąsiedztwa niż przejęci kontrolą mojej osoby.

Ach. Nie trafiłem do więzienia. Wreszcie byłem wolny. I nieco z przekąsem przekazałem policjantowi, że chciałbym aby ta jedna osoba z sąsiedztwa, która zrobiła mi zdjęcie mnie i mojego dowodu, usunęła te fotografie, bo narusza to moją prywatność. Tak jak oni poczuli się dotknięci – swoim wyobrażeniem naruszenia prywatności, ja też jestem urażony. Zdjęcia usunięto.

Wolność i swoboda

-Czy jesteś teraz szczęśliwy? – zapytał Norweg usuwając zdjęcia.

Nie pamiętam co odpowiedziałem. Powiedziałem chyba, ze jestem szczęśliwy, wzruszając ramionami. Ale jak bardzo człowiek może być szczęśliwy, który przed chwilą był podejrzewany o złodziejstwo? Szczęśliwy chyba z faktu, że jest już po wszystkim... Na pewno nie z faktu, że miał do czynienia z tak podejrzliwymi ludźmi, podejrzliwymi wobec osoby, która w ogóle nie wygląda na rasowego złodzieja.

Ale byłem wolny! Wolny jak ptak, i szczęśliwy. Szedłem sobie, z jeszcze nie w pełni zrównoważonym umysłem, myśląc o tym na jakie szykany narażeni są obcokrajowcy. Szczególnie oni, Ci inni, rzucający się w oczy, nie mają znajomych z sąsiedztwa, więc co mogą robić tutaj. No chyba tylko kraść…

Ale ta historia pokazuje istotę naszego życia. Tak jak po burzy wychodzi słońce, tak w godzinę po interwencji policji natknąłem się na dom, który później pomalowałem!

Ale o tym za tydzień :}

Filmy na YouTube powiązane z wpisem:

Dzień, w którym znalazłem pracę!

Oda do Lasu!

comments powered by Disqus