Randka w ciemno

Tym wpisem rozpoczynam cykl artykułów z serii „Pomaluj mi Pan Domek”. Będzie oczywiście pracowniczo, będzie o tym dlaczego pojechałem na zarobek za granicę. Napiszę w jaki sposób szukałem pracy w Norwegii, jak ją znalazłem i na czym dokładnie polegała. Zaleję Was także morzem przemyśleń z zakresu motywacji, sprawdzania siebie w nowej roli i… No nie będę przecież na początku zdradzać wszystkiego ;] Musi być ciekawie, musi być jakiś dreszczyk emocji!

Nie zamierzam się rozwodzić dużo nad samą ideą wyjazdu, bo wielokrotnie ją już opisywałem wcześniej na drugim blogu. Zainteresowani tematem mogą zapoznać się z wpisami „Wreszczcie nadszedł ten czas” i „Okrążyłem Bałtyk na stopa”.

A jeśli znasz już moją historię w zarysie – zapnij pasy. Startujemy! ;]

Geneza turystyczno-zarobkowa

Plan był prosty, a przynajmniej tak mi się na początku wydawało. Pojadę autostopem na kilka miesięcy do Norwegii, aby przeżyć niezapomnianą przygodę i przy okazji zarobić pieniądze, o które w naszym kraju niekiedy dość trudno. Towar deficytowy u nas przecież to jest.

Zdecydowałem więc, że pojadę na randkę w ciemno i będę szukać pracy na miejscu, bez żadnych kontaktów i stricte przemyślanego planu. Chciałem się sprawdzić ;]

A Norwegia to kraj idealny na taką wyprawę. Nie dość, że legalnie można nocować pod namiotem, gdy jest się oddalonym od zabudowań co najmniej o 150 metrów, to wokół same piękne krajobrazy. A co najważniejsze z finansowego punktu widzenia - godzinowa stawka jest tutaj blisko 10 razy większa niż w Polsce.

Dlatego też wielu rodaków przede mną przeszło podobną drogę i spróbowało zrealizować śmiałe marzenia o szybkim zarobku w kraju reniferów. Nie wszystkim oczywiście się to udało. To, że istnieje jakaś możliwość, nie znaczy że podawana jest na tacy. O zarobek zawsze trzeba zawalczyć… Tak było i w moim przypadku.

Trudne i niepewne początki

Po części turystycznej, która trwała około trzech tygodni, opuściłem Trondheim z planem zakotwiczenia się gdzieś pod namiotem na przedmieściach i realizacji planu zarobkowego. Problem w tym, że akurat wtedy przeziębiłem się.

Trzy tygodnie podróżowania z 25 kilowym plecakiem dało się we znaki. A przecież nie chorowałem od ponad 2 lat. Dwie młode dziewczyny podrzuciły mnie 15 kilometrów na wschód od miasta, gdzie po kilku godzinach szukania idealnego miejsca na kemping na dziko, mogłem wreszcie rozstawić materiałowy domek i odpocząć.

Gdy wreszcie dotarłem na wymarzone miejsce, byłem tak zmęczony, że rzuciłem plecak na ziemię, położyłem się i leżałem nie robiąc nic przez chyba pół godziny. O legalności miejscówki mogłem zapomnieć, bo okolice wybrzeża wokół Trondheim są bardzo obłożone. Rozbiłem się na granicy lasu i pola uprawnego, w zagajniku, tak aby się nie rzucać w oczy.

Gęstość zaludnienia w Norwegii jest bardzo różna. W przypadku północnych rejonów, szczególnie tych położonych dalej od wybrzeża miejsca do rozbicia namiotu jest w bród. W okolicach Trondhiem ciężko gdziekolwiek się wcisnąć. Nie wiedziałem czy moja miejscówka to teren prywatny czy wspólny. I nie miałem sił, aby o tym wtedy myśleć.

Codzienny trud i wiara

Czas mijał mi bardzo jednostajnie. Było to jak zwykłe szukanie pracy, tyle tylko, że w profesji której nigdy tak na poważnie nie wykonywałem. Pojechałem do Norwegii z zamiarem malowania domów, a w życiu do tej pory w większości przypadków wykonywałem pracę umysłową, a jeśli chodzi o malowanie. Hmm. Może w dzieciństwie malowałem kawałek płotu przy pracowniczym ogródku działkowym i ścianę w mieszkaniu podczas rodzinnego remontu. To wszystko.

Przed wyjazdem zasięgnąłem informacji u znajomych, którzy malowali w Norwegii, poczytałem nieco w internecie. Więc jako taką wiedzę miałem. Ale z perspektywy czasu muszę stwierdzić – porwałem się dosyć z motyką na słońce. Aż sam sobie się dziwie, że maiłem taką determinację do zrobienia tego. Niesamowicie rajcowała mnie perspektywa wykonywania innego zawodu i znalezienia dobrze płatnej pracy, jadąc w ciemno. I udało się! Ale droga ku szczęściu była bardzo kamienista.

Szukałem pracy jak Amerykanie, nie po 2 godziny dziennie, a po 8, zwiedziłem całą okolicę, poznając większość domów w promieniu 10 km od mojego namiotu, który zresztą po 4 dniach musiałem przenieść w inne miejsce, bo właściciel posesji zauważył moją obecność. Myślałem, że to raczej teren publiczny… Ale mój nowy dom w lesie, i był bliżej wybrzeża, więc było mi to nawet na rękę.

Rozmowy z rodakami

Po kilku dniach spotkałem także Polaków. Co to był za piękny dzień! A było to tak…

Z mętlikiem w głowie, smarkami w nosie i lekką niepewnością zszedłem tego dnia z mojego obozowiska. Próbowałem zdać się tego dnia na to, co niesie dla mnie los. Nie wiem czy to zasługa medytacji, jakieś dziwne zestrojenie się z rzeczywistością, jakiś diabelski spisek czy kwestia przypadku, ale wszystko tego dnia potoczyło się fenomenalnie.

Najpierw wypiłem herbatę w domu u jednego Norwega, który był pod wrażeniem mojej wyprawy i ciekawości świata. Porozmawialiśmy o historii i teraźniejszości kraju, polskiej przeszłości. Następnego dnia miałem do niego wpaść na prysznic, co po kilku dniach spania na dziko wydawało się kluczowym elementem survivalowej układanki.

A kilkanaście minut później zobaczyłem polską rejestrację. Nie wierzyłem własnym oczom! Jeden Polak odwiedził drugiego, aby pomóc mu ścinać żywopłot. I dzięki temu mogłem zagadać do nich w ojczystym języku. Od razu dobrze nam się rozmawiało. Jeden z Polaków zaproponował mi pomoc w małej pracy budowlanej. Dodał mi tą propozycją nadziei. Zresztą - cała ta sytuacja dodała mi jej.

Żyło mi się o wiele lepiej ze świadomością, że kilkadziesiąt minut pieszo od mojego namiotu jest miejsce, gdzie mogę wpaść pogadać, posłuchać muzyki, zjeść i wypić w polskim towarzystwie.

Polski guru w Norwegii

Grzegorz, od 10 lat mieszkający w Norwegii pokazał się być niezastąpiony także w innej kwestii. Został moim guru budowlanym. Konsultowałem z nim wiele rzeczy dotyczących szukania pracy, jak i samej techniki malowania i remontowania. Spadł mi po prostu z nieba. Chociaż opowiadał też rzeczy, które nie podnosiły na duchu…

W przeszłości spotkał już w tym miejscu kilku Polaków szukających pracy tak jak ja. Było takich dwóch, co przyjechali prawie bez pieniędzy i po 2-3 tygodniach szukania pracy i spania na dziko nic nie znaleźli, A żywili się najtańszymi parówkami, którymi jeden z nich pod koniec już wymiotował. Jak mówił Grzegorz – o chlebie to oni mogli tylko pomarzyć. A do kraju wrócili z pustymi rękami.

Ja miałem więcej szczęścia, ale o to szczęście musiałem też ostro zawalczyć. Droga do mojego sukcesu była kamienista. O tym dowiecie się więcej w następnym odcinku ;]

Filmy na YouTube powiązane z wpisem:

Odpoczynek w Malvik

Herbatka u Norwega

Relaks przede wszytkim

Mieszkam w lesie

Jak przezyć w Norwegii?

comments powered by Disqus