Po burzy zawsze wychodzi słońce!

Sytuacja z podejrzeniem o kradzież, którą ostatnio opisywałem wcale nie była taka łatwa do przełknięcia. Mimo, że wszystko zakończyło się pomyślnie dla mnie, a policja była więcej niż porządna, to jednak pewnego rodzaju niesmak we mnie pozostał. Toż to mnie mają za złodzieja? Pomarańczowego Kuka? Może powinienem sobie stąd pojechać skoro mnie nie chcą? W podobny sposób wtedy myślałem przez jakiś czas po opuszczeniu wzgórza, gdzie podejrzewany byłem o przywłaszczenie sobie jakże cennych materiałów wrzucanych do skrzynek pocztowych.

Szedłem więc sobie dość energicznie, z jeszcze nie w pełni zrównoważonym umysłem, myśląc o tym na jakie szykany narażeni są obcokrajowcy. Szczególnie oni, Ci inni, rzucający się w oczy, nie mają znajomych z sąsiedztwa, więc co mogą robić tutaj. No kraść tylko chyba…

Pomaluj mi Pan Domek

Ale ta historia pokazuje istotę naszego życia. Tak jak po burzy wychodzi słońce, tak w godzinę po interwencji policji natknąłem się na dom, który później pomalowałem!

-Dzień dobry, podróżuję i szukam domu, który mógłbym pomalować. Nie potrzebuje Pani może pomalować tego domu? – zagaiłem, jak to miałem w standardzie, chociaż testowałem różne opcje tych tekstów zachęcających do malowania. Niczym akwizytor usług, nabywałem z tym coraz większej wprawy.

-Tak, potrzebuję – odpowiedziała, zszokowana właścicielka domu, akurat rozmawiała wtedy przez telefon, przerwała rozmowę, mówiąc, że za chwile oddzwoni, i nie dowierzając, stwierdziła, że właśnie myślała nad pomalowaniem tego domu.

No, zatkało mnie. Był to duży dom, nie za wysoki, z nowymi panelami. Taki w sam raz na pierwszy raz. Właścicielka zaprosiła mnie do środka i przez dłuższą chwile omawialiśmy szczegóły realizacji planu, który wydawał się być dobry dla obu stron. Straszliwie byłem szczęśliwy. Myślę, że potrzebowałem szybko takiego zdarzenia od losu, tuż po podejrzewaniu mnie o złodziejstwo.

To był dopiero początek

Obejrzałem dom i nie chcąc popełnić błędu przy szacowaniu metrażu do pomalowania zaproponowałem cenę za godzinę. Nad całością chciałem się zastanowić. Właścicielka miała się odezwać jutro i podać mi oferowaną przez nią cenę.

Niezmiernie zadowolony z tego, że ktoś podał mi wreszcie pomocną dłoń, wracałem na piechotę do mojego leśnego obozowiska na wzgórzu. Być może byłem zbyt zadowolony, bo późniejsze wydarzenia nieco zmroziły mój entuzjazm. Smsa od właścicielki dostałem w dwie godziny po pierwszej wizycie.

Widać, że jej zależało na współpracy, bo nie zwlekała z napisaniem propozycji do następnego dnia. Zaproponowana kwota była jednak nieco niższa od tej, na która liczyłem.

Dobrze, że miałem pod ręką poznanego przed paroma dniami Grzegorza, Polaka mieszkającego w Norwegii od 10 lat, który od wielu wielu lat „siedzi” w branży budowlanej. Był moim ekspertem od spraw technicznych. Spytałem się go także o wycenę. Wdzięczny mu jestem na gorzkie słowa, które uświadomiły mi, że zaproponowana cena jest poniżej standardów dla pracowników sezonowych, nawet tych bez doświadczenia.

Biznesy na obczyźnie

Okazało się, że same negocjacje są dla mnie rzeczą nową i czułem się nieco absurdalnie, wysyłając te smsy i podbijając cenę. Dzięki jednak konsultacjom z Grzegorzem udało się mi bardzo podbić stawkę, blisko dwukrotnie.

Właścicielce domu zależało na pomalowaniu, była ładna pogoda, która według prognoz miała utrzymać się przez dwa tygodnie. Miało nie padać przez ten czas, co jak na Norwegię jest bardzo rzadkim stanem.

Powiedziałem, że przyjdę jutro. Rano spakowałem swoje manatki, złożyłem namiot i pożegnawszy się z lasem, w którym spędziłem blisko 2 tygodnie, ruszyłem w upalny dzień w stronę mojego nowego miejsca pracy. Kończyła mi się gotówka, więc wolałem przejść tę trasę na piechotę, zamiast płacić 20 zł za jednorazowy bilet autobusowy. Dojście tam w tych warunkach było nie lada wyczynem, w ostrym słońcu z 25-kilowym plecakiem na plecach.

Droga krzyżowa do nieba

Podzieliłem sobie tę trasę w głowie na etapy, ale nie wiem czy ułatwiło mi to w jakimś stopniu zadanie. Bo samo w sobie było mordercze. Szedłem krok po kroku, jak to radził kiedyś trener Beenhakker ;] Jednak po dwóch godzinach chodzenia w palącym słońcu byłem i tak wykończony. Przekręciłem klucz w drzwiach i jak najszybciej chciałem zlokalizować moje miejsce do spania.

Byłem pod wrażeniem tego jak bardzo Marianne zaufała mi. Chyba dobrze mi z oczu patrzyło, bo widząc mnie tylko dwa razy w życiu i rozmawiając ze mną łącznie z godzinę na żywo, zdecydowała mi dać klucze do swojego domu i zostawić mnie w nim samego przez całe 3 dni.

Przyjechałem więc do wolnej chaty, dużego drewnianego domu, który miałem wyremontować i pomalować. Byłem wykończony przeprowadzką, odpocząłem więc i pełen podziwu dla zaufania, którym obdarzyła mnie moja „szefowa” miałem nadzieję, że wszystko pójdzie po mojej myśli.

Przygotowania na dzień zerowy

Znacie to uczucie, którego doznaje się w sytuacji, kiedy długo czegoś pragniemy i nagle po wielu trudach okazuje się, że to, co sobie zamierzyliśmy zaczyna się spełniać? Jest to wspaniałe uczucie, ale jakże sprzeczne... Z jednej strony cieszymy się i jesteśmy pełni podziwu dla nas samych, że coś nam się udało. Wiemy jaką drogę przebyliśmy, aby to osiągnąć. Z drugiej strony wiemy, że stanęliśmy na krawędzi kolejnego wyzwania, że nie ma już odwrotu.

Tak ja się wtedy czułem. Podobnie jak czuje się ktoś minutę przed ważnym wystąpieniem publicznym. Trema i stres zaczynała mnie podgryzać, męczyć moje wnętrzności i duszę. Obchodziłem dom wokoło i przypatrywałem się drewnianym panelom, które maiłem przez następne dni okiełznać, wyczyścić, zagruntować i pomalować.

Należał mi się odpoczynek. Nie było to jednak lenistwo, a relaks, połączony z umysłowymi i fizycznymi przymiarkami do przyszłości, którą miałem zamiar pomalować w ciepłych barwach :}

comments powered by Disqus