Moja własna bitwa o Narwik

Dlaczego wypatrzyłem sobie pracę akurat na kole podbiegunowym? Na pewno stwierdziłem, że w okolicach Trondheim nieco się zasiedziałem. A przecież pojechałem w podróż nie tylko po to, by zarabiać pieniądze, ale też w celu wyrwania korzeni poukładanej egzystencji. A tam powoli zaczynałem je zapuszczać :P

Z tego powodu perspektywa nagarnia sobie pracy w jakimś innym miejscu budziła mój zachwyt. Padło na Narwik, a raczej jego okolice, gdzie czekał na mnie dom do pomalowania. Znalazłem go pod koniec czerwca na norweskim portalu z ogłoszeniami o pracę. Oferta była w sam raz dla mnie.

Napisałem właścicielce, że mogę zjawić się tam za parę dni, w zależności od szczęścia, bo podróżuję autostopem. Marianne napisała mi referencję, wszystko było ustalone… No, zapowiadało się jak w bajce!

Pojechałem 900 km na północ

Podróż udała się znakomicie. I myślę, że lepiej bym sobie tego wszystkiego nie mógł wymyślić. Już pierwszego dnia zdarzył się cud - około 200 km na północ od Trondheim, zatrzymał się samochód, którym pojechałem na Lofoty.

Nagle usłyszałem klakson. Podbiegłem, pogadałem, wsiadłem, ale dalsza rozmowa o mało nie odebrała mi mowy.

-Skąd jesteś? – z Polski

-Z Polski? Ja właśnie wracam z Polski. Skąd dokładnie jesteś?

-Z Wrocławia – kierowca popatrzył na mnie z podziwem i zaczęliśmy się śmiać na całe auto.

Podwoził mnie norweski lekarz mieszkający na Północy Norwegii, który wybrał się niedawno w odwiedziny do swojej córki, która właśnie we Wrocławiu studiuje weterynarię! Stamtąd też wracał ;]

Z Anrntem historia była dłuższa, bo nie dość, że jechaliśmy wiele godzin, zwiedzając razem Lofoty, najpiękniejsze miejsce w Norwegii, to kilka tygodni później odwiedziłem go na dalekiej Północy. Ach, co to była za wyprawa.

Urlop pomiędzy dwiema fuchami

Zdałem się na to, co przyniósł mi los i zamiast bezpośrednio jechać do Narwik, postanowiłem spędzić jakiś czas na Lofotach. Pierwszego dnia miałem przepiękna pogodę, dzięki której mogłem delektować się wspinaczką, podczas której piłem wodę prosto z wodospadu i mogłem patrzeć jak malutkie punkciki na dole przesuwają się powoli. Każdy taki punkcik mieścił w sobie kierownicę, skrzynię biegów i co najmniej jednego lokalsa lub turystę, który również miał szczęście być tam gdzie ja tego dnia.

Gdzieś w dole był również mój namiot, o który bałem się w nocy – że zwieje go do morza wraz z jego zawartością w postaci moich drogocennych rzeczy i mojej skromnej osoby ;]

Przeżyłem jednak tę ciężką iście huraganową noc i powoli przemierzałem cały archipelag, nocując kolejnej nocy również w malowniczym miejscu. Kończył się powoli mój mały urlop, przerwa pomiędzy jednym malunkiem, a drugim. Mimo wszystko cieszyłem się, że kolejnej pracy nie muszę szukać na miejscu. Że ona już tam na mnie czeka, że gdzieś istnieją panele, które wiedzą o tym, że pomaluję je właśnie ja!

Na werandzie jest sucho

Finałowego dnia, kiedy dzieliło mnie od celu bardzo niewiele, podwozili mnie Szwedzi. Najpierw rodowici, a później tacy przyszywani, włoscy imigranci ze Sztokholmu, których coś ze mną ewidentnie łączyło. Dlatego też zatrzymali się, mimo że jechali w przeciwnym kierunku.

-My też dużo jeździliśmy na stopa i spaliśmy na Couchsurfingu. Teraz nieco się zapdejtowaliśmy, mamy samochód, więc w tej chwili raczej możemy oferować podwózki, niż je otrzymywać – wyjaśniał Marco.

Mi też przydałby się tego dnia chyba własny samochód, a może przesadzam. Bardziej przydałyby mi się nowe buty, które będąc w stanie sztuki nówki tuż przed wyjazdem, w tamtej chwili miały właściwości gąbki. Moje skarpety były całkowicie przemoczone, a w butach szalało morze.

Marco wraz ze swoją włoską dziewczyną podrzucili mnie na miejsce, pod sam dom, który miałem pomalować. Zabawne to było… Mniej zabawne były warunki pogodowe wtedy niemiłościwie panujące. Skryłem się więc na werandzie, gdzie w oczekiwaniu na brata właścicielki domu czekałem, stojąc pod moim wymarzonym domem do malunku. Śmieszyło mnie to wszystko i dzięki temu rozgrzewało nieco od środka.

Przenośna toaleta w szopie

W drodze z Lofotów mejlowałem z właścicielką regularnie. Nie wspomniała ona jednak w żadnym momencie ani słowem o tym, że nie będzie jej na miejscu. Po prawdzie – nie mówiła również, że będzie. Założyłem jednak, że właściciel powinien być w swoim domu podczas remontu. Otóż – nie było tak w tym przypadku. Ann odziedziczyła swój dom po matce i chcąc go wyremontować, wynajęła Polaka w okolicach Narwik, ponad 1500 km dalej od swojego miejsca zamieszkania. Proste? Proste ;]

Niestety tylko w zarysie... Wtedy podjechał samochód i wyszedł z niego starszy pan, który jakoś szczególnie nie chciał się ze mną witać. Od razu skierował się w stronę szopy. Przeciąłem mu jednak drogę i przywitałem się. Widziałem, że ma być bratem Ann. Nawet się uśmiechnął…

Jednak, jak się okazało później, relacje w tej rodzinie nie należały do idealnych, co niestety rzutować miało również na moje warunki pracy. Z początku wszystko wydawało się okej, brat właścicielki wytłumaczył mi gdzie co jest, przyniósł toaletę turystyczną, z której miałem korzystać. Wszystko ładnie i pięknie.

Trudne odpowiedzi na proste pytania

Gdy jednak spytałem się o to, czy mógłbym skorzystać z prysznica, zaczęły się schody.

-Nie teraz, za godzinę jadę na weekend w góry – odpowiedział bez wahania.

-A nie dałoby rady teraz? Potrzebowałbym się odświeżyć na szybko – powiedziałem coś w tym stylu.

-Nie, nie teraz, na ten temat rozmawiaj z Ann.

Wydawało mi się to bardzo dziwne. Właścicielce zgłaszałem te sprawę wcześniej. I nie sądzę, iż była to z mojej strony zbytnia nachalność. Nie pytałem o żadne miejsce do spania, nawet zaakceptowałem brak dostępu do toalety. Ale nie wyobrażałem sobie, abym pracując nie mógł skorzystać 20 minut dziennie z prysznica, w sytuacji gdzie obok domu, który miałem pomalować i wynajęła mnie do tego ta pani, znajdują dwa ogromne domy. Jeden należał do jej brata, a drugi do bratanka.

Rozbiłem się pod namiotem i starałem jakoś zrelaksować. Ale deszcz w tym nie pomagał. Padało non stop, a gdy patrzyłem na trawę i mokradła okalające dom, wiedziałem, ze przed rozpoczęciem pracy, kupić muszę sobie buty. To był mój kolejny problem, burzący spokój… Wiedząc to, jeszcze gorzej szło mi czekanie na pozytywny rezultat walki o prysznic.

Historyczne reperkusje

Wzbierała we mnie złość, gdy widziałem, że brat Ann wcale nie odjechał na weekend. Wydawało mi się to mega żenujące, że kilkanaście kilometrów od Narwik, Norweg Polaka nie umie zaprosić na herbatę, ani zaoferować łaskawie prysznica. Kiedy wie, że wynajęła go jego siostra. Kiedy wie, że kilkadziesiąt lat wcześniej Polacy z Norwegami walczyli tutaj ramię w ramię przeciw nazizmowi. No pozostaje mu tylko pogratulować…

Ann po moim mejlu do niej, w którym stwierdziłem, że to bardzo dziwne, że nie mogę się doprosić o prysznic w takiej sytuacji, napisała, że również jest rozczarowana postawą swojej rodziny. Chociaż tyle… Zaproponowała mi, żebym na prysznic jeździł kilkanaście kilometrów do Narwik do hostelu. No na takie upokorzenie nie byłem chyba gotowy….

W dość wyważonych słowach powiedziałem jej co myślę na ten temat i że prawdopodobnie zrezygnuję z pracy w takich warunkach. Podobnie powiedziałem na żywo jej bratu. Byli chyba dość zaskoczeni… Chyba najbardziej tym, że mimo wszystko nie zmieszałem ich z błotem… Co za ludzie…

Wyprawa po buty

Nie chcąc zapuszczać korzeni na podmokłym przez brak zaufania gruncie, następnego dnia złapałem stopa do miasta, gdzie wyruszyłem w poszukiwaniu butów.

Zdarzyła się wtedy rzecz strasznie dziwna. Gdy wszedłem do jednego z centrum handlowych, tamtejsze światła sprawiły, że przestałem widzieć na jedno oko. Pamiętam, że patrzyłem na kasę supermarketu i nie widziałem kasjerki, która wydawała komuś pieniądze. Przestraszyłem się i jak z trampoliny wyskoczyłem na zewnątrz budynku. Tam wzrok wkrótce wrócił do sprawności. Podczas ponownej wizyty czułem, że nadal coś jest nie tak.

Czy to możliwe, że żyjąc przez ponad 2 miesiące z dala od świateł, aż tak się od nich odzwyczaiłem? A może po przez stres związany z trudną sytuacją i perspektywą rezygnacji z pracy? Nie wiem ;]

Buty, które kupiłem kosztowały mnie w przeliczeniu na polskie pieniądze około 170 złotych. Były to jedne z najtańszych modeli, nie wliczając zwykłych trampek. A ja potrzebowałem ochrony przed deszczem i buty z dość solidną podeszwą. Jak pokazały przyszłe tygodnie, buty nie dotrwały do końca wyprawy, ale dzięki nim suchą stopą przeszedłem przez trudności następnych dni. Zrezygnowałem z pracy i udałem się do Narwik, gdzie schronienie zapewnić miał mi kolejny Couchsurfer ;]

Filmy na YouTube powiązane z wpisem:

Prąd wodny w Saltstraumen

Człowiek pierwotny idzie po wodę

Wiatr na Lofotach

Po czym poznać malarza?

comments powered by Disqus