Kto nam zgotował ten los?

Strasznie śmieszą mnie argumenty ludzi twierdzących, że absolwenci sami są sobie winni swojej sytuacji. Nie mogą znaleźć pracy, bo wybrali mało przyszłościowy kierunek, myśleli, że liczy się tylko papier i nie robili na studiach nic, aby zająć się swoją przyszłością i karierą. Mogli przecież nie iść na studia. To bardzo krzywdzące i uogólniające poglądy, które według mnie mijają się z rzeczywistością.

Nie przeczę, że w jakiś sposób każdy z nas jest odpowiedzialny za decyzje, które podjął. Ważne są jednak również warunki społeczne tworzące kontekst naszych działań. Studia według mnie były i są nadal dobrym wyborem dla wielu osób kończących szkołę średnią. Kazano nam jednak myśleć, że są one jedyną, konieczną i wystarczającą przepustką do szczęścia i dobrobytu. Aby znaleźć się w tej krainie potrzeba jednak dużo więcej. A tego nikt nie mówił. No bo kto?

Po pierwsze. Rodzice

Większość z nas wychowała się w domu, w którym dużą uwagę przykładało się do edukacji. Czy było to dobre? Poniekąd tak. Warto jednak przeformułować to pytanie i spróbować uzmysłowić sobie jaki wpływ ten fakt miał na nasze myślenie. W dawnych czasach dobra edukacja i posiadanie dyplomu państwowej uczelni w kieszeni z pewnością było wyznacznikiem prestiżu, kultury i przekładało się na dobrze płatną pracę.

Jednak my, jako pokolenie y, mieliśmy okazję wzrastać w swoistej schizofrenii, której efekty powodują dzisiaj u wielu z nas frustrację i dezorientację. Zewsząd słychać było, że studia to dobry wybór, że trzeba na nie pójść, a wtedy na pewno będzie okej. Rodzice tak mówili. Tym bardziej, jeśli sami posiadali wykształcenie wyższe. Ci, którzy go nie mieli, swoim dzieciom również sugerowali edukację na najwyższym poziomie. Bo wydawało się im, że tak będzie lepiej.

Wzrastaliśmy również w duchu wolnego rynku, który dla naszych rodziców był abstrakcją. Musieliśmy sami dokonywać swoistej dwuskładnikowej mikstury ze schematów narzucanych nam przez pokolenie naszych rodziców i naszej interpretacji zastanej rzeczywistości. Poszliśmy na studia, masowo, bo ciężko było się oprzeć takiej presji. Poszliśmy i realizowaliśmy schemat, który kiedyś się sprawdzał. Mieliśmy realizować amerykański sen w Polsce. Według schematu pokolenia wychowanego w innym systemie. Schematu, który z realiami kapitalistycznymi miał niewiele wspólnego. Więc niech nam teraz nie mówią, że to nasza wina!

Po drugie. Państwo

Schizofrenia nasza wzmacniana była dodatkowo przez system, który za jeden z głównych celów wybrał sobie zwiększanie ilości osób z wyższym wykształceniem. Dziś współczynnik scholaryzacji w przypadku szkolnictwa wyższego wynosi około 40 procent. Dwadzieścia lat temu był ponad dwukrotnie mniejszy.

Osiągnięto sukces. Dwa razy więcej ludzi studiuje. Co nam to dało? Większa ilość osób ma świadomość większej ilości spraw. To bardzo dobrze. Ale czy ktoś spojrzał na ten problem całościowo? Nie. Zrobiono bardzo mało, aby poprowadzić w jakiś sposób studentów i absolwentów za rękę w kapitalistyczną dżunglę, którą nam zafundowano.

A teraz twierdzi się, że powinniśmy się w niej odnaleźć bez problemu. Przecież dwadzieścia lat temu jakoś sobie ludzie radzili. Warunki były inne. Czy wtedy były umowy o dzieło, zlecenia, bezpłatne staże? Nie! Elastyczne formy zatrudnienia były normą? Nie! Więc niech nam nie mówią, że teraz jest tyle możliwości i jest łatwo!

Po trzecie. Uczelnia

Kadra wykładająca na uczelni to również w większości przypadków przedstawiciele pokolenia x, którzy wymagają od studentów dużego poświęcenia się studiowaniu, bo według nich tylko tak zostaną oni specjalistami. I dzięki temu znajdą dobrą pracę. Student ma się zajmować tylko studiowaniem. A gdzie praktyka?

Na moim roku pracowała i studiowała jednocześnie połowa z nas. Odbijało się to często na ilości poświęcanego czasu na naukę. Ci z nas, którzy mieli możliwość nie pracować przykładali się do nauki i wierzyli w te wszystkie górnolotnie brzmiące słowa. Smutna rzeczywistość nastała jednak po opuszczeniu murów uniwersytetu. Skończyły się studia. Zaczęło się życie. Kurtyna opadała. Pozostał tylko blady strach i rozczarowanie. I smutna konstatacja, że studia to tylko mało związane z rzeczywistością hobby.

Czy zrobiono dostatecznie wiele aby zagwarantować płynne przejście z murów uniwersytetów na rynek pracy? W tej materii zdziałano śmiesznie mało. Wskaźnikiem jakości kształcenia w dobie neoliberalnej rzeczywistości powinna być liczba absolwentów znajdująca zgodną z wykształceniem i aspiracjami pracę. W tej chwili wskaźnik ten jest na bardzo niskim poziomie.

Remedium

Aby polepszyć start młodych ludzi na rynku pracy nie wystarczy sama walka z umowami śmieciowymi i innymi patologiami. Potrzeba zmiany w myśleniu na temat kształcenia młodych ludzi. To już na szczęście się dzieje. Szczególnie w przypadku uczelni prywatnych, które widzą siłę w promowaniu współpracy z biznesem i budowania płynnego przejścia absolwentów na rynek pracy.

Studia nie powinny być tylko miejscem, w którym kształci się oderwanych od praktycznych kwestii przyszłych bezrobotnych lub kasjerów interesujących się astrofizyką czy filozofią. Studia powinny łączyć teorię z praktyką. Kreować specjalistów, którzy wiedzę zdobytą w murach akademickich łatwo przekładają na rozwiązywanie problemów w pracy. Tego nam potrzeba.

Oprócz współpracy z biznesem, nowoczesnych programów nauczania, opartych na łączeniu teorii i praktyki, powinny zostać również wprowadzone obowiązkowe zajęcia z planowania kariery. Dzisiaj fundują je tylko biura karier dla uświadomionej garstki osób. Ci mniej zaznajomieni z realiami rynku pracy ze łzami w oczach i dyplomem w kieszeni siedzą w poczekalniach urzędów pracy.

Absolwenci nie są winni temu, że mają problemy z odnalezieniem się na rynku i znalezieniem satysfakcjonującej, dobrze płatnej, zgodniej z aspiracjami i wykształceniem pracy. To wina systemu, który oparty jest na nieprzemyślanym dążeniu do powielania schematów nieprzystających do realiów naszych czasów.

comments powered by Disqus